Lifestyle

Prysznic, czyli unboxing puszki pandory

Tego dnia wszystko szło źle. To był jeden z tych dni, w których wszystko MUSIAŁO iść źle. Znacie je dobrze. Ale wiecie, co jest wtedy najważniejsze? Najważniejsze jest to, by z nimi nie walczyć.

W te złe dni trzeba wszystko robić tak, by od razu coś spieprzyć. Czym szybciej, tym lepiej. Jeśli zaś będziemy próbowali czmychać przed problemami jak przed deszczem, wcześniej czy później pierdolnie nas ich potok. Spiętrzona, smutna fala. I mnie dosięgła. Usiądź i nalej sobie piwa. Jest w lodówce.

Zaczęło się niepozornie, bo od niesmacznego śniadania. Śniadanie było niesmaczne, nic w tym dziwnego, jednak ta mądrzejsza, wypierana część mnie, którą staram się ukrywać pod płaszczykiem człowieka światłego, mówiła mi, że to zapowiedź. Ta moja normalna, cywilizacyjna, europejska, XXI-wieczna połowa mówiła, że po prostu nie smakuje mi śniadanie. Ta mądrzejsza, atawistyczna, zatopiona w wiekowej mądrości ludowej zaś podszeptywała, że to początek przekichanego dnia. I miała rację.

Później wybrałem się na siłownię. Ku uciesze atawistycznej połowy Szymona, czyli mnie, zabrałem niewłaściwe spodenki. Spodenki miały ten feler, że nie dało się w nich robić przysiadów. A dla mnie trening bez przysiadów, to tak jakby go nie było. Trening widmo. I znów doszło do kłótni wewnętrznych, niezmaterializowanych części mnie, bo jedna podpowiadała mi, bym przysiady olał, bo zrobię sobie krzywdę, a druga, cywilizowana, chłostała mi twarz mokrą szmatą w postaci motywacyjnych cytatów. Wiecie, niemożliwe nie istnieje, 100% albo nic, dasz radę.

I dałem radę. Pierwsze siedem rozgrzewkowych przysiadów weszło jak gorący drut w styropian. Ósmy przysiad nie był zaś tym, o czym myślicie. Nie był przykucem ze sztangą na plecach. Był otwieraczem. Wielkim, zawieszonym w czasoprzestrzeni otwieraczem, który otworzył tytułową puszkę pandory. Zło wylało się strumieniem wartkim na elastyczną powłokę siłownianej strefy wolnych ciężarów. Oblało squat racka, wlało mi się do butów.

Złem była odnowiona kontuzja stawu biodrowo-krzyżowego. Wynika ze zrotowania miednicy, które podobno dotyczy 90% ludzi, spowodowanego przykurczami mięśni pośladkowych oraz biodrowo-lędźwiowych. Braki w mobilizacji doprowadzają do napięć między miednicą a kością krzyżową, a w konsekwencji dochodzi do urazu. W skrócie – boli nad dupą.

A boli przeokrutnie. Nie da się podnieść nogi, więc założenie buta, wejście do samochodu lub wstanie z łóżka jest katorgą. Ale po złapaniu tej kontuzji wiedziałem jedno. To dobry znak. Oznaczało to, że zły dzień się już zmaterializował, zło wypełzło, więc teraz mogę być spokojny. Co najgorsze przyszło, więc teraz mogę się tylko uśmiechać i czekać na lepsze. A gdy już wiesz, że największe zło nadeszło i czekasz na lepsze, to jest wiadomym, że przyjdzie jeszcze gorsze zło.

Przyszło. Ale najpierw ja poszedłem. Pod prysznic. Robię to myju-myju, myję ręce, myję tułów, myję głowę. Nóg nie myję, bo nie mogę podnieść. Ale biorę prysznic i wiem, że najgorsze już przyszło. Nawet moja atawistyczna część mnie jest spokojna. Cały jestem spokojny.

Wtedy przychodzi zło najgorsze. Zło większe, niż Mojo Jojo. Niż blogi parentingowe. Zło najprzepastniejsze. Tym złem jest zepsuty prysznic. Bo wiecie, w mojej siłowni nie ma zwykłej, prawowitej baterii. Jest taki guziczek, który wciskasz i on po czasie wyskakuje. I, nie będzie to zaskoczeniem, nie wyskoczył. Wodę się leje, ja się myję (ale bez nóg, bo nie mogę podnosić), a guzik nie wychodzi. Nie wychodzi tak bardzo, że zaczynam panikować.

Bo niby nie ma żadnego strachu, nie? Po prostu leje się woda. Ale, musicie mi uwierzyć, to coś strasznego. Od razu przed oczami stanęły mi obrazy wysuszonej na wiór Afryki. Obrazy wiosek, w której należy przemierzyć kilometry, by zaczerpnąć bukłaku wody. Poważnie, nie robię sobie żadnych podśmiechujek, widok marnowanej wody zawsze tak na mnie działa. Wpadłem w panikę. A co, jeśli właśnie wypompowuję jakieś jezioro? Co, jeśli przyczynię się do katastrofy przyrodniczej? I tak wszyscy oskarżają miejscowych górników, że dziura którą kopią (odkrywka) wysysa im okoliczne jeziora, a to bardzo niedobrze, bo pokupowali już dmuchane kółka, materace i piłki plażowe. Coraz dalej do jeziora, mówią, coraz mniej jeziora i coraz płytsze jezioro. Bo kopalnia odkrywkowa wysysa. I teraz jeszcze ja do tego z moim niekończącym się prysznicem. A wszystko na górnika, co dół kopie, spadnie. Co ja górnikowi prosto w oczy powiem? Że ja tylko nacisnął?

To był koszmar. Zepsułem prysznic, czułem się podle, jednak był pozytyw tej sytuacji. To była najgorsza rzecz, jaka mnie tego złego dnia spotkała. Otworzyłem prawdziwą puszkę pandory. Do końca dnia czekałem, aż przydarzy się coś jeszcze gorszego. I dlatego nie nadeszło.

  • „A dla mnie trening bez przysiadów, to tak jakby go nie było.” i to z ust Faceta! Aj laf U! <3
    A z tą przypadłością biodra to piona- mi jeszcze promieniuje bo połowy pleców i mam wrażenie że mnie ścina w połowie..sport to zdrowie 🙂