Testy

Test tanich polskich kremów do golenia – który warto kupić?

Dziś otrzemy się o nutkę dekadencji. Postanowiłem sprawdzić, czy tanie kremy do golenia dają radę i czy warto z nich korzystać. Przygotujcie się na zapachy, które przeniosą Was do świata dziadkowej, nieco zapomnianej już elegancji. Ale czy słusznie zapomnianej?

Kiosk Ruchu w małej mieścinie. Za okienkiem lekko znudzona kobieta z lekko przesadzonym makijażem. W ręku trzyma herbatę w szklance z koszyczkiem. „Co podać?” – rzuca mimochodem, nawet nie odrywając oka od świeżego numeru Faktu. Jest zła, bo w kiosku zimno, bo dzień ponury, ale przede wszystkim dlatego, że znowu musi szukać pod ladą kremów, jakbym się pianką, jak człowiek, ogolić nie mógł. Pianki ma pod ręką.

Biorę małą pogniecioną tubkę i idę do domu. To krem do golenia Wars, legenda PRL-owskiej męskiej elegancji. Ale jak sprawdzę jakość tego kremu? Do czego porównam? Skąd pewność, że wybrałem dobry krem i nie zrażę się do tradycyjnego golenia po pierwszej próbie?

Skąd pomysł na przetestowanie tanich kremów do golenia?

To był przypadek. Pisałem artykuł o tradycyjnym goleniu maszynkami na żyletki dla jednego z męskich portali i pomyślałem: „hej, a może by spróbować samemu”? Nie wiedziałem jakiego kremu użyć oraz czym się między sobą różnią. Doświadczony przygodami z piankami do golenia sądziłem, że różnice będą duże. Korzystałem bowiem z wielu pianek i każda miała jakąś upierdliwą wadę. Jedne za szybko wysychały, inne zatykały maszynkę, kolejne nie dawały odpowiedniego poślizgu lub podrażniały skórę. Rozwiązanie było więc proste: kupić kilka tanich kremów i porównać.

Kupiłem pięć. Każdy z nich kosztował ok. 3-4 złote, więc wydatek nie był zbyt wielki, a zafundowałem sobie podróż pełną wrażeń, niczym PKP. Obładowany kremami do golenia wróciłem do domu, rzuciłem okiem na poradniki dotyczące wyrabiania piany, a następnie nucąc „Born in the P.R.L.”… pociąłem sobie twarz. Tak wyglądały moje początki z tradycyjnym goleniem.

Przetestowałem następujące kremy: Wars Classic, Lider Classic, Bond Spacequest, Brutal oraz Ziaja Yego. Każdym goliłem się co najmniej kilkanaście razy, a wszystkie wnioski na bieżąco notowałem. Jak się później okazało, było to zbyteczne i nauczyło mnie ważnej rzeczy. Nie uprzedzajmy jednak faktów.

Wars Classic

Na pierwszy rzut poszedł Wars Classic. Wiedziałem, że jest legendą, a jego zapachu nie da się porównać do niczego innego, jednak pierwszy kontakt był zabójczy. Już po otwarciu tubki do moich nozdrzy dotarł komunikat, który nawet nie próbował ocierać się o dyplomację. Zapach Warsa jest intensywny, bardzo męski i trudno nazwać go ładnym. Krem do golenia Wars pachnie mieszaniną gumolitu, palonego siana, korzennych przypraw i kościelnej kruchty. Przenosi nas do wykończonego PRL-owską boazerią przedpokoju, do którego wytacza się z łazienki mocno wczorajszy pan Zdzisiu, ogoliwszy się przed momentem brzytwą.

W pierwszej chwili znienawidziłem ten zapach. Jest wyjątkowo dziadkowy, moja dziewczyna zabroniła mi się nim golić. Co do samego golenia, okazało się bardzo przyjemne. Piana jest gęsta, przyjemnie tłusta, łatwo się ją wyrabia i świetnie chroni twarz przed żyletką. Krem Wars odrobinę wysusza twarz, ale wystarczy kropla balsamu po goleniu, by sobie z tym poradzić. Po goleniu usiadłem do pracy i…

zakochałem się w zapachu Warsa. O ile w miseczce nie zachwyca, to po kontakcie ze skórą zyskuje pewnej szlachetności. Utrzymuje się stosunkowo długo, około 2 godzin, a jego wdychanie sprawia mi ogromną przyjemność. Z jakiegoś powodu wracam do niego szczególnie chętnie. Mimo wszystko, golę się nim wyłącznie wieczorem, gdy nie planuję żadnego wyjścia do ludzi.

Bond Spacequest

Bonda kupiłem najpóźniej. Wcześniej korzystałem z balsamu do golenia z tej linii, z którego jestem zadowolony. Krem pakowany jest w plastikową (podobnie jak Ziaja Yego) tubę i spośród opisywanych dziś kremów ma największą pojemność (100 ml). Duża tuba w połączeniu z niezłą wydajnością sprawia, że jest to najbardziej ekonomiczny wybór.

Do pierwszego golenia podszedłem z dużym optymizmem. Piana wyrobiła się szybko i było jej naprawdę sporo. Przy okazji pachniała delikatnie i ładnie, więc zakwalifikowałem ten krem jako wyjściowy. Niestety, samo golenie nie było zbyt udane. Wydaje mi się, że krem słabo zmiękcza zarost i jest pod tym względem najgorszy spośród dzisiejszej piątki. Mam miękki i rzadki zarost, a żyletka momentami nie dawała rady. W przypadku innych kremów nie miałem tego problemu. Co ciekawe, krem polecany jest do twardego zarostu. Czy uznaję go za zły? Z pewnością nie. Być może do innego typu zarostu będzie pasował lepiej.

Lider Classic

Krem do golenia Lider to… lider – sprzedaży. Podobno co trzeci wybierany krem w Polsce to właśnie zielony Lider. Podobnie jak Wars i Brutal pakowany jest w metalowe tubki z badziewną nakrętką, która po prostu rozpada się od samego patrzenia na nią.

Po wyciśnięciu kremu do miski zaskoczyła mnie jego zielona barwa. Wszystkie dotychczasowo testowane kremy były białe lub, nomen omen, kremowe. Zielonkawa barwa doskonale oddaje jego zapach, który przywodzi na myśl płyn do mycia naczyń, odświeżacz powietrza lub kostkę do kibla. To chemiczne cytrusy zmieszane z odrobiną leśnego powiewu. Jest okropny, ale nie dziwię się, że pewna grupa społeczna wybiera właśnie jego. Cytrusowo-leśne orzeźwienie w pewnych sytuacjach może okazać się zbawienne.

Teraz kilka słów o goleniu. Jest bardzo dobre, przyjemne i nie odstające od reszty. Krem Lider produkuje krakowska firma Miraculum, czyli ta sama spod której szyldu wywodzi się Wars. Trudno więc znaleźć pomiędzy nimi jakiekolwiek różnice poza zapachem. Wydaje mi się jednak, że Wars odrobinę lepiej się wyrabia i, co ciekawe, podczas golenia Liderem częściej się zacinam.

Ziaja Yego

Po tym kremie spodziewałem się najwięcej. Ziaja nie kojarzy mi się bowiem ani z PRL-em, ani z kioskami Ruchu, ani z dziadkową elegancją. W aptekach marka często stoi koło drogich kosmetyków, więc myślałem, że jak ogolę się Ziają, to będzie jakby luksusowo.

Po powrocie do domu krem okazał się żelem. Byłem pewien, że kupuję krem, a tu jak byk jest napisane – ŻEL. Po krótkim śledztwie ustaliłem, że opakowania kremu i żelu są identyczne, a różni je tylko to jedno słówko, dodatkowo w popularnej drogerii tubki stały pomieszane w jednym rzędzie. Tego się nie robi blogerom.

Dajcie mi tu ten żel – pomyślałem, choć oczywiście sam go musiałem zdjąć z półki, wiadomo. Żel ma konsystencję pomiędzy galaretką a kisielem i wyrabia się tragicznie. Choćbym nie wiem ile wycisnął, piana przypomina bardziej popłuczyny po szamponie niż coś, co ma powstrzymać żyletkę przed podcięciem mi gardła. Golenie było, jak można się domyślić, beznadziejne. Na dodatek żel mnie uczulił.

Mógłbym na tym zakończyć tę recenzję, jednak z dziennikarskiego obowiązku kupiłem też krem. Opakowanie identyczne, cena podobna, a efekty – nie do porównania. Krem jest bardzo fajny, pachnie przyjemnie i doskonale nawilża skórę po goleniu. Całkiem sprawnie zmiękcza zarost i lubię się nim golić. Czy posiada wady? Tak, jedną, ale bardzo znaczącą. Jest niewydajny. Aby uzyskać dobre efekty trzeba wycisnąć go sporo. Jeśli jednak nie potrzebujesz dużo piany, będzie całkiem ok.

Brutal Classic

Otworzyłem tubkę, a do tygla wypłynęła jakaś przezroczysta breja. Sam krem także był luźny, lekko żółtawy. Tak, pierwszy kontakt z Brutalem nie należał do najdelikatniejszych. Spojrzałem nawet na datę przydatności i już wiedziałem gdzie sypia diabeł. Krem jest do stycznia 2018, czyli nadejszla już dla niego ta wiekopomna chwila.

Początkowe obawy były niesłuszne. Piana wyszła super, bardzo przyjemna, lepka i pachnąca, nie wiem… słonecznikiem i goździkami? Uznaję ten zapach za dziadkowy, jednak nie tak mocno jak Warsa. Krem do golenia Brutal zaskoczył mnie wydajnością. Trzeba wycisnąć minimalną ilość, by uzyskać dużo piany. Jest chyba najbardziej wydajny z prezentowanej piątki. Tylko czemu w drogerii trzymają produkt, któremu już niemal skończyła się ważność? Pozostałe kremy mają zapasu co najmniej pół roku, a niektóre nawet dwa lata.

Przejrzałem fora i wielu użytkowników zgłaszało podobne obiekcje. Sprawa okazała się bardziej tajemnicza, bo każdy z nas miał tubkę o dokładnie tym samym terminie ważności – styczeń 2018. Jak to możliwe, że w żadnej drogerii nie ma egzemplarza, nie wiem, do kwietnia 2018?

Odpowiedź była prosta, acz bardzo zaskakująca. Jeden z użytkowników forum napisał w tej sprawie bezpośrednio do producenta kremu Brutal, grudziądzkiej marki La Rive i dowiedział się, że… zakończono jego produkcję. Cóż, miałem przyjemność uczestniczyć w tym smutnym końcu i dorwałem tubkę z ostatniej partii.

Który krem wybieram?

Który z tanich kremów do golenia okazał się najlepszy? Jaki na stałe wyląduje w mojej szafce z kosmetykami? Czy warto golić się tanimi kremami do golenia?

Te pytania nurtują mnie do dziś i zadawałem je sobie podczas każdego golenia. Od razu uprzedzę, że nie mam jednego faworyta. Najwięcej przyjemności daje mi golenie Warsem, Ziaja wydaje mi się najlepsza na co dzień, Lider może okazać się nieoceniony upalnym latem, zaś golenie Brutalem jest najwygodniejsze.

Odrzucę jednak Bonda, bo najmniej przypadł mi do gustu. Dam mu jeszcze szansę, ale raczej nie kupię drugiej tubki. Z oczywistych względów nie sięgnę też, niestety, po Brutala. Wars, Lider i Ziaja są łatwo dostępne w popularnej drogerii, więc zawsze będą miały miejsce na półce. Golenie tradycyjne spodobało mi się tak bardzo, że nie wyobrażam sobie używać jednego kremu, jak miało to miejsce w przypadku pianki. Chęć obcowania z różnymi zapachami jest tak uzależniająca, że zamierzam rotować kilkoma kremami. Wracanie do tych najbardziej charakterystycznych zapachów, czyli do gumolitowego Warsa, cytrusowego Lidera i goździkowo-korzennego Brutala sprawia mi dużą frajdę.

Gdybym miał jednak zrobić subiektywny ranking szeregując je od najulubieńszego do tego najmniej, to wyglądałby następująco:

  1. Wars Classic
  2. Brutal
  3. Ziaja Yego
  4. Lider Classic
  5. Bond Spacequest

Podsumowanie

Pierwszy wniosek: wszystkie tanie kremy do golenia okazały się dobre, nawet bardzo. Nie mam porównania do najlepszych kremów i mydeł, jednak są lepsze od każdej pianki w puszce, z jaką miałem do czynienia. Nie wyobrażam sobie też do pianki wrócić. Będąc w domu rodzinnym próbowałem ogolić się znanym (i drogim) żelem w puszce i był to koszmar. Zanim zdążyłem dogolić jeden policzek, piana na drugim już wyschła i zniknęła. Poza tym żel bardziej zapychał maszynkę, niż ułatwiał jej poślizg. Koszmar. I to już drugi w jednym akapicie!

Drugi wniosek: różnice pomiędzy kremami są niewielkie. Więcej zależy od sposobu wyrobienia piany w tygielku. Trzeba po prostu dojść do wprawy, by wiedzieć jaka konsystencja będzie dla nas najlepsza. Początkowo wyrabiałem zbyt gęstą.

Trzeci wniosek: dziwię się, że tanie kremy do golenia nie są bardziej popularne. Owszem, ich wyrabianie jest mniej wygodne niż nałożenie piany z puszki, ale jakość golenia jest nie do porównania. Czy naprawdę jesteśmy aż tak leniwi, że nie chce nam się pomachać minutę pędzelkiem w tyglu? Ja jestem, a macham. Może to dlatego, że kojarzą nam się z czymś gorszym, budżetowym?

Czwarty wniosek: aby zacząć przygodę z tradycyjnym goleniem, nie trzeba rzucać się na najdroższe maszynki oraz kosmetyki. Już tania maszynka na żyletki Wilkinson Sword Classic w połączeniu z najtańszym kremem do golenia oraz pędzlem z drogerii mogą dać mnóstwo frajdy. Jestem tego żywym przykładem. To doskonały wstęp do dalszych zakupów, jednak jeśli nie mamy takie wewnętrznej potrzeby, nie musimy tego zmieniać.

Piąty wniosek: pokusa kupowania kolejnych kosmetyków do golenia jest bardzo duża. Sam łapię się na tym, że najchętniej testowałbym wszystkie kremy i mydła, jakie spotkam na swoje drodze. Na szczęście udaje mi się to opanować, zaś zapas kremów mam obecnie tak duży, że nie muszę o zakupach myśleć przez najbliższe pół roku. (Poza tym mam obecnie zajawkę na scyzoryki i multitoole, ale ciii….)

Już naprawdę kończę

Rozpisałem się trochę, co? Ileż można jednak pisać o tanich kremach do golenia. Teraz chętnie od tego odpocznę i poczytam. Miałeś kiedyś kontakt z tanimi polskimi kremami do golenia? A może jesteś kobietą i golisz nimi nogi?

  • Zapachy w przypadku Warsa lub Brutala, to też jakaś nowość, kiedyś śmierdziały 🙂

    • Szymon | pomensku

      Nadal śmierdzą. Jak się nimi ogolę, dostaję zakaz zbliżania się 😉

  • Ciekawe, ciekawe, ja przeszedłem już zupełnie na „elektryki” do golenia bez pianki, ale z ogromną przyjemnością przeczytałem te(k)st 🙂

    • Szymon | pomensku

      Muszę odkurzyć mojego elektryka, bo tradycyjne golenie tradycyjnym goleniem, ale jak czas goni to elektryk na sucho nie ma sobie równych 🙂

  • To teraz dawaj jakiś test żarcia ewentualnie odżywek białkowych 🙂

    • Szymon | pomensku

      Musiał bym dostać dary losu, bo sam używam najtańszych odżywek. I tak wszystkie są ładowane do opakowań łopatą z taczki gdzieś na podwarszawskiej wsi 😀

      • Hehe, najtańszych czyli jakich? 🙂

        • Szymon | pomensku

          Głównie KFD i Ostrovit, ale nie mów nikomu, bo wstyd 😛

          • ej kfd nie jest droższe zdaje się od WK; a jak smakowo? 🙂

  • Wiesz, że właśnie po głowie mi chodzi utworzenie całego cyklu z recenzjami tanich, męskich kosmetyków? Zgadzam się i zupełnie nie rozumiem zachwytów nad wieloma drogimi produktami, które wcale nie pomagają przy goleniu.

    • Szymon | pomensku

      I to jest dobra myśl! Korzystam też z tanich wód po goleniu (np. Wars Fresh, Brutal Grand, Skino z Biedry) i sprawdzają się lepiej niż niektóre wody i balsamy za kilka dyszek. Jedziesz z tematem! 😀

  • PMM

    Trafiłem tu przez przypadek, ale akurat motyw jaki przerabiałem, więc coś skrobnę. Po pierwsze od pewnego czasu golę się wyłącznie maszynkami żyletkowymi i jestem zadowolony. Używam wspomnianego modelu Wilkinson Sword Classic, jak i starych krajowych maszynek Wizamet (zakład już zniszczono/sprzedano jak wiele innych). Golenie się żyletką wymaga myślenia, ale ma wiele przewag nad wieloostrzowymi wynalazkami od których uciekłem (nie tylko cenową). Żyletki to głównie BiC i Wilkinson. Po drugie używam kremu do golenia, najczęściej wspomnianego Warsa. Zapach mi pasuje, jest „twardy” i męski, niekoniecznie dziadkowy. Jakimś tanim pędzelkiem (chyba czeskim, gubiącym włosie) rozrabiam krem bezpośrednio w dłoni a nie tygielku (sztuczka nauczona od taty) i jestem zadowolony z efektów. Polecam.

    • Szymon | pomensku

      Dzięki za obszerną opinię! Mam identyczne odczucia. Żyletki Wilkinson bardzo lubię, aczkolwiek ostatnio trochę eksperymentuję i próbuję znaleźć jeszcze lepsze. Aktualnie testuję żyletki Voskhod i jestem zachwycony ich łagodnością. Cena tez bardzo dobra (ok. 3 zł), więc polecam.

      Co do wyrabiania piany na dłoni, bardzo lubię ten sposób. Wyrabiam tak mydło ZEW, na które nie posiadam tygielka. Nie lubię zaś wyrabiania kremu bezpośrednio na twarzy, zupełnie mi ta metoda nie podeszła.