Lifestyle

Tak trzeba żyć

Ostatnio byłem w Toruniu i przechadzając się po starówce, wdychając piernikowość aromatów, przypomniałem sobie o pewnej studenckiej historii. A zaczęła się ona od tego, że byłem głodny. Czyli dzień jak co dzień.

W głodzie człowiek podejmuje dziwne decyzje. Kiedyś kupiłem na głodniaka bezglutenową pizzę, bezalkoholowe piwo, koszulę z krótkim rękawem i męski krem do stóp. Albo herbatę o smaku pomidorowym. Wydawało mi się, że będzie doskonała. Była tak samo okropna jak herbata o smaku muffinek, którą również kupiłem w porywie głodu. Ba, na głodniaka zapisałem się też na studia. To nie były najlepsze decyzje w życiu, ale nawet nie umywały się do tej, którą podjąłem pewnego dżdżystego dnia w Toruniu.

Przechadzałem się akurat (głodny) po starówce, bo lubię gapić się na architekturę. Wiecie np. czym różni się kamienica dwutraktowa od półtoratraktowej? Albo czym jest oficyna? Albo gdzie znajduje się dusza schodów? Ja wtedy nie wiedziałem. Ale łaziłem, obserwowałem architekturę, bo lubię.

Dla uporządkowania historii, cały czas byłem głodny. I były to czasy studenckie, dlatego mogłem sobie pozwolić niemal na każdą restaurację. Różniłoby się jedynie to, jak długo przed wypłatą musiałbym wsuwać mirabelki, szczaw i korzeń pałki wodnej. Najczęstszym wyborem był więc polski subway, czyli zapiekanki z keczupem i majonezem od zblazowanej pani sprzedającej przy okazji dziwny toruński twór, czyli bułkę hot-dogową wypchaną pieczarkami. Kto to wymyślił?

Ale tego dżdżystego dnia (choć w sumie nie jestem pewien czy dżdżystego, bo nie do końca wiem co to słowo oznacza), postanowiłem eksplorować moje życiowe ścieżki smaku. Zdecydowałem, że poszukam czegoś nowego, odkrywczego, zaskakującego, a przede wszystkim mieszczącego się w dziesięciu złotych.

I tak trafiłem do bistro, gdzie serwowano grzanki. Doskonale – pomyślałem – to coś zgoła innego od zapiekanek. Ale nic to, wszyscy przecież wiemy, że przeznaczenia nie oszukasz. Wszedłem. W środku ni żywego ducha, jedzeniem też jakoś nie pachnie, ale widzę gościa, na oko student, coś kroi. Podszedłem bliżej, patrzę, kroi kapary. Przypominam, że byłem studentem, więc wtedy nie wiedziałem co kroi, wiem to dopiero dziś. I były to kapary (wiedza obecna) lub dziwne małe zielone groszki (wiedza ówczesna).

Stoję więc przed tablicą z wypisanymi grzankami. Wszystkie łączy jedno: buła + ser. Reszta składników różna. Królują kurczaki, szynki, tuńczyki, czorizo, czyli dla studenta kuchnie świata. Pewnie były też gdzieś kapary, ale przede wszystkim buła i ser. Lubię proste, szybkie, męskie decyzje, dlatego momentalnie wybrałem bułę dla siebie. Teraz tylko wypchać ją serem, wybranymi przeze mnie dodatkami i wrzucać mnie to migusiem do tego solarium, bom głodny.

Ale nie mam sera – słyszę od gościa zza lady.

Tutaj prawdopodobnie zacząłem się ślinić i krztusić, bo pomyślałem że to doskonały żart. Śmieję się wniebogłosy, a śmiech mam jak odpalający maluch, więc sytuacja heheszkowa. Bo, rozumiecie – ON NIE MA SERA! W bistro, gdzie podstawowymi składnikami są buła i ser! Genialne, nie? To tak jakby wejść do urokliwej włoskiej kawiarni, poprosić o kawę i usłyszeć – drogi Panie, ależ my tu nie mamy kawy! Albo pójść na stację paliw i nie dostać wódki. Absurd.

Dopiero jak mój śmiechowy rozrusznik zakręcił wałem korbowym po raz ostatni, spojrzałem na gościa krojącego kapary i pojąłem, że mówił poważnie. Przez cały ten czas, gdy ryłem jak widownia Mazurskiej Nocy Kabaretowej, on stał i z powagą kroił te małe zielone groszki, sam nie wiem po co, bo one z natury są małe. Matuszka Ziemia je takimi stworzyła.

Godzina młoda, około 11, więc dopiero cztery kwadranse po otwarciu bistro, dlatego pytam co on mi (poza kaparami) zaserwuje. Co on tam w zanadrzu, dla takich jak ja, trzyma. Zaskocz mnie, pogromco kaparów, myślę. A on mi mówi, że „no wie pan, bez sera to ja właściwie nic nie mogę zrobić”.

Wyszedłem. Tuż po przejściu progu ujrzałem Biedronkę, oddaloną dosłownie o pinć metry, która z definicji wypchana jest po sufit serem. Wiem, bo sam ten ser w niej kupuję. W kostkach, plastrach, warkoczach, czopkach, we wszystkim. Żółty, zielony, pleśniowy, podwędzany, z pozytywkami. A gość mi mówi, że on mi, doktorowi nauk, buły nie zrobi, bo on nie ma sera. Bez cienia żenady, bez jakiegokolwiek zastanowienia nad człowieczym losem, bez idź pan w pizdu. Ot tak.

I wtedy zdałem sobie sprawę, że tak trzeba żyć. Trzeba mieć wyrąbane na konwenanse i cały ten biznesowy bon ton, są ważniejsze w życiu sprawy. Ja bym w jego sytuacji nawet krowę wydoił i naprędce ser wyrabiał, by oszczędzić sobie wstydu, a on przez ten cały czas ze spokojem kroił kapary.

Mówię Wam, dziołchy i chłopy, tak trzeba żyć.

PS Wiem, nie lubicie niedokończonych historii. Nażarłem się bagietek i kabanosów z Biedry.