Lifestyle

Rutyna powrotów do domu

Mieszkam 328 km od domu rodzinnego. Właściwie to mieszkania. Właściwie to 329 km, bo zawsze wjeżdżam po drodze na hot doga, koniecznie z kabanosem i amerykańskim sosem. Jeśli nie ma kabanosa ani amerykańskiego sosu, to tupię nogą, mówię „o nie, nie, nie! Nieładnie!” i aplikuję miłemu panu sprzedawcy pistolet dystrybutora w dupę. Właściwie to mu serdecznie dziękuję i wychodzę.

Skoro już trochę nakłamałem, czyli tchnąłem w ten tekst ducha menskości, przejdźmy do konkretów. Będzie to krótka piłka, rollo z mieszanym. Tematem przewodnim będą dziś powroty do domu. Jeden z nich mam akurat za sobą.

Jeśli mieszkasz daleko od domu rodzinnego i wracasz do niego rzadko, powrót jest czymś więcej niż tylko wizytą. W filmach i serialach wygląda to tak, że przybyły do domowych pieleszy nieszczęśnik rzuca się w objęcia matek, babć i ciotek, a wzruszeniom nie ma końca. Wszyscy uśmiechają się serdecznie, dają sobie buziaki, tutaj wjeżdża cięcie, a następnie pojawia się przepiękna scena spożywania wspólnego posiłku, np. pieczonego indyka. Pod wieczór przeglądają album rodzinny i wspominają wspólne chwile.

W rzeczywistości jest nieco inaczej. Owszem, są wzruszenia, ale te bardziej żałosne, z gatunku „ojejkujejku, synek, coś maława Ci się ta koszulka zrobiła, chyba zmężniałeś. Daj, mamusia naleje Ci zupy! Jedz, jedz, bo będzie zimna!”. No więc, ja jem tę zupę i mlaskam w pośpiechu, by czym prędzej wziąć się za strogonow. Bo, pewnie Wam nie mówiłem, ale poprzyjazdowy strogonow to już u mnie tradycja. Mama gotuje mi go na każdy przyjazd. Każdy. Raz poprosiłem i do dziś tuż po przyjeździe muszę wcinać wołowinę z ogórkiem kiszonym. A z chęcią zjadłbym coś innego, np. gołąbki. Co zrobić. Pod wieczór przeglądamy album rodzinny, a mama przypomina mi, jak mając dwa i pół roku dałem mojemu sąsiadowi w pysk. Gwoli ścisłości – w wyimaginowanej obronie jego żony.Taki byłem menski. Później mi przeszło.

Nie wiem czy macie tak samo, ale dla mnie powroty do domu są pewnego rodzaju odhaczaniem rutynowych punktów must have. Zawsze sprawdzam, czy legendarne krzeszowickie zapiekanki nadal mają ten pyszny, niepodrabialny sos i ser oraz czy w solniczce jest ten sam rodzaj ostrej papryki. Wykryłbym fałsz w ciągu nanosekundy.

Moją ulubioną rutyną jest także wyjazd do Krakowa, gdzie odbębniam zawsze identyczną trasę spacerową. Kupuję precla ze solom, jem go w jedyny właściwy sposób, a kończy mi się zawsze w okolicach smoka Wawelskiego. Tam przypominam sobie, że właściwie to sypią tej soli zbyt dużo i trzeba to czymś zapić, bo słone jak cholera. I niedobre. Wstępuję więc do sklepu, zawsze tego samego, by kupić butelkę wody. Ciekawe, czy wyrzucam ją zawsze do tego samego koszta.

Dążę do tego, że powroty do domu z odległego miasta są pewnego rodzaju rutyną. Sprawdzianem, w którym dowiadujemy się jak wiele zostało w nas dzieciństwa, wspomnień, przyzwyczajeń. Odhaczając wszystkie te punkty dowiaduję się, czy mimo ciągłej wymiany komórek organizmu na nowe, jestem dalej statkiem Tezeusza, czy może zupełnie inną łajbą. Albo kajakiem. A może promem? Kto wie.

Macie takie swoje rutyny powrotów? Drobniutką nerwicę natręctw, którą bardzo lubicie? Piszcie śmiało, nikomu nie powiem.