Trening

Nowy karnet, czyli co u mnie po roku siłowni

Gdy wybierałem się rok temu na siłownię, w głowie miałem wiele myśli. Pamiętam, że panował okrutny gorąc, byłem głodny, męczyła mnie alergia a do tego z tyłu głowy ciągle ciążyła mi ta myśl, że większość osób porzuca karnet wstępu już po kilku tygodniach, buląc przez resztę okresu za nic. Od tego czasu wiele się u mnie zmieniło. Przede wszystkim się najadłem.

Ale ja nie o tym. Zacznijmy od bloku styropianowego. Takiego, który powstaje z maleńkich białych kuleczek sprasowanych ze sobą pod dużym ciśnieniem. Tnie się go później na płyty służące do ocieplenia np. domu. Taki blok ważył ok. 20 kg i wiem to dlatego, że w firmie, w której pracowałem, była specjalna waga, którymi te bloki ważono.

I ja też się wówczas na niej ważyłem. Codziennie. Po to, by sprawdzić, czy udało mi się choć odrobinę przytyć. Było to w nastoletnich czasach, w których byłem chudziutkim szczupakiem, takim kurakiem sprzed epoki chowu klatkowego i faszerowania modyfikowaną karmą. Przy wzroście 186 ważyłem 63 kilogramy, co w międzynarodowej klasyfikacji bokserskiej plasuje się między wagą dziewczęcą a śmieszną, z dużą tendencją do dryfu ku żałosnej. Jak ktoś kichał, to musiałem się łapać barierki, taki byłem chudy.

Tak było przez wszystkie młodzieńcze lata. Aż do momentu, w którym mój metabolizm zatrzymał się niczym Forest Gump na autostradzie mojego żywieniowego El Dorado i powiedział: „I’m pretty tired”. Tyle, że po polsku. Dodał później, że „oj panie, ale tak to my się nie umawialiśmy, ja tak całe życie nie będę zapierniczać, a w ogóle to jadę do Niemiec na truskawki, bo tam lepiej płacą i do tego w ojro”.

I tak w ciągu niespełna dwóch lat przytyłem 20 kilogramów. Z chudego studenciaka kognitywistyki stałem się grubaskiem z pulaskami do ciuciuciowania. Mój bęben wszedł w XXI wiek, stał się panoramiczny, zaś twarz przyjęła kształt pączka, czyli sprawdziło się internetowe porzekadło, że jesteś czym co jesz. Długi czas wmawiałem sobie, że zmężniałem. Mogłem też posilić się przaśnymi rymowankami (np. „kto nie ma brzucha…” – wiadomo), które miały uczynić z mojej ciąży spożywczej swego rodzaju atut.

Z czasem jednak rymowanki się skończyły i należało spojrzeć prawdziwe w oczy. Nie mogłem sobie dłużej wmawiać, że zmienił mi się metabolizm albo że to kwestia genetyki. Owszem, przez pewien czas to robiłem, ale jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że nie mam żadnych chorób metabolicznych ani hormonalnych, więc diagnoza była oczywista: spasłem się wpierniczając słodycze. Do tego miałem siedzącą pracę i aktywność fizyczna była czymś co znałem z gazet. Czułem się z tym źle. Trzeba było coś zrobić.

Zapisałem się więc na siłownię. Swoje pierwsze kroki opisywałem już w jednym tekście i były typowe dla każdego początkującego. Każdy kolejny trening był zaś solidnym wyciskiem, który dawałem sam sobie ku pokrzepieniu duszy i ciała. Byłem jak Tomili Dżons w Kalibrze.

Koniec końców w pół roku zrzuciłem 10 kilogramów. Chciałbym poudawać, że okupiłem to wieloma wyrzeczeniami i zagryzaniem marchewki brukwią, a silna wola lała mnie codziennie paskiem po pośladach, ale to nieprawda. Zrezygnowałem jedynie ze słodyczy, słonych przekąsek, słodkich napojów oraz słodzenia. Poza tym jadłem normalnie. Wcinałem tłuściutkie karkówki oraz schabowe, tyle że jadłem jedną sztukę, a nie osiem. Makro się zgadzało, trening wystarczył. W moim przypadku była to kwestia wyłącznie rozsądnych nawyków.

Od października jestem na masie. Od tego czasu nabrałem zaledwie 3 kilogramy mięśni, ale dla mnie to i tak sukces. Gdybym był gwiazdą fitness, napisałbym że budowanie sylwetki to maraton, a nie sprint. Wolę działać powolutku niż wejść na świńską masę. Obecnie ważę 76 kilogramów i czuję się świetnie. Miałem w planach wrzucić zdjęcia przed i po, lecz nie mogę żadnych znaleźć, chyba nie mam. Ale! Od początku roku robię zdjęcia co miesiąc, na których mam zamiar dokumentować czy cokolwiek się zmieniło. Liczę na to, że za rok wrzucę te zdjęcia na blog i dołączę do grona cudownych internetowych przemian.

A nie będzie to łatwe, bo mądrze trenuję dopiero od dwóch tygodni. Człowiek uczy się całe życie. Trzymajcie kciuki!

  • Kciuki trzymam, ale weź z szacunkiem dla Twojej wagi! Ja mam kilka cm mniej, liczbę kg mam równą z wagą, może w okolicach jesiennego maratonu zejdę poniżej 80kg ale raczej niewiele, poniżej to chyba byłem w okolicach liceum 😉 prawie ćwierć wieku temu 😉

    • Szymon | pomensku

      Ja tam już w wagę zupełnie nie wierzę, szkoda zawracać sobie tym głowę 🙂 Można przy tym samym wzroście ważyć 90 kg i być dociętym lub ważyć 80 i być grubym. Mięśnie są znacznie cięższe od tłuszczu 🙂 Ja byłem typowym skinny fat, czyli niby chudy i wysoki, ale jednak gruby 😀 Teraz sugeruję się niemal wyłącznie pomiarami, szczególnie pasa. Wygląda to tak, że niby na wadze tyję, ale w pasie spada. A, i zmalałem o prawie 2 centymetry po tym przytyciu, mam teraz 184 cm wzrostu. Tego już niestety chyba nie nadrobię 😀