Lifestyle

Noc, która zmieniła bieg wydarzeń

Niedziele już tak mają. Siedzę przed komputerem, wdycham ten niedzielny odór zblazowania, a kawa – zimna. Po książkę boję się sięgnąć, bo wczoraj skończyłem „Góry Umarłych” Tomasza Hildebrandta i teraz mam traumę. Dziś nawet po chusteczki higieniczne sięgam z obawą. Kto wie, czy nie zadrukowano na nich paru akapitów pseudointelektualnego ględzenia?

Robię zatem coś innego. Od samego rana oglądam filmy na Youtube. Na moją dzisiejszą ramówkę wjechały relacje z wypraw, biwaków, włóczęg po górach oraz spania na dziko w pięknych polskich lasach. Czyli coś, co jeszcze rok temu zbyłbym przeciągłym ziewnięciem, a palec sam znalazłby przycisk „wróć”, ewentualnie „zamknij”. Dlaczego? Aby to wyjaśnić, musimy przenieść się w czasie.

Jest rok 1999. Mała podkrakowska wieś, czyli miejsce bytowania ludzi z niezwykle ciekawą mieszanką krwi tętniącej w żyłach. Bo, nie wiem czy wiecie, Małopolska jest specyficzna, zwłaszcza w okolicach Krakowa. To połączenie galicyjskiej nieuzasadnionej dumy, małomiasteczkowego rozgoryczenia życiem, wiejskiej wścibskości oraz krakowskiego poczucia wyższości. Ale jest rok 1999, więc siedmioletni Szymon tego wszystkiego jeszcze nie wie. Nie rozumie ani odrobiny tej mentalności. Nie obchodzi go to zresztą, bo jest u Babci.

A Babcię to ma klawą! Robi doskonały smalec ze skwarkami, zawsze ma w zanadrzu wafle Familijne oraz galaretki Opolanki, a na święta robi najlepszy w całej wsi chrust, zwany przez niewiernych faworkami. Poza tym babcia jest pokolenie Kolumbów i ma do opowiedzenia mnóstwo wstrząsających historii z okresu II Wojny Światowej, ale tego Szymon też nie wie, bo ma siedem lat, więc o Wojenkę nie pyta. I nie zdąży już spytać.

Jest 1999 rok, sierpień, pogoda bardzo ładna, chociaż wieje. Nie przeszkadza to jednak, by rozłożyć kupiony przez kogoś z dorosłych namiot. Nie ważne przez kogo, bo jest ostatni rok milenium, bo kończy się burzliwe stulecie, bo w wieku siedmu lat nie jest ważne czyja gotówka została pozostawiona w sklepie. Ważne jest to, że namiot stoi, jest przyszpilony do ziemi, a po zjedzeniu kolb kukurydzy z solą i masłem będzie można do niego wejść i pobawić się w odkrywców świata.

Pierwsza chwila grozy nadeszła jeszcze przed zmrokiem. Gdy postanowiliśmy nocować w obozie położonym na przełęczy między skalniakiem a studnią w ogrodzie babci, była jeszcze piękna pogoda. Wiało, ale nic nie wskazywało na to, że tuż przed zmrokiem chmury zgęstnieją niczym budyń na wielkanocne ciasto. W oddali słychać było pierwsze trzaski piorunów, choć równie dobrze mógł być to wytwór umysłu podekscytowanego pierwszym w życiu noclegiem pod namiotem siedmiolatka.

Druga chwila grozy nadeszła wraz z deszczem. Obijające się o cienkie ścianki namiotu krople zahipnotyzowały nas tak bardzo, że umilkły wszelkie rozmowy, które jeszcze przed minutą towarzyszyły grze w państwa i miasta, statki oraz Eurobiznes. Kto przyłapał starszego kuzyna na podkradaniu czarnych banknotów, ten wie.

Nawet przemoknięty namiot nie zdołał nas złamać. Nie zrobili tego też dorośli, którzy co rusz przychodzili do nas donosić nam ciastka, napoje i kanapki, jednocześnie namawiając do odwrotu. Siedzieliśmy uparcie, choć było nam zimno, a poza tym ileż można łoić w Eurobiznes. Księga ulicy mówi jasno – przegrywa ten, po którego matka zadzwoni najwcześniej.

Obudziłem się o piątej nad ranem. Mógłbym poczuć zapach kwiatów rosnących na pobliskim skalniaku albo woń ciężarówek jeżdżących tuż za ogrodzeniem do położonego nieopodal kamieniołomu. Poczułem jednak grozę. Przeszywające i niewytłumaczalne uczucie, które sprawia, że chcielibyśmy obudzić się ponownie, już tak normalnie. Nic takiego nie nastąpiło. W blasku świtu wyszła na jaw największa tajemnica tamtej nocy.

Były wszędzie. Na mojej twarzy, na ubraniach, ściankach namiotu. Krwiożercze mrówki, szczypawice i inne robaki, których nazw nie znam. Wybiegłem z namiotu i chciałem tak biec aż do momentu, w którym zrzucę z siebie ostatnią szczypawicę. Wyobrażałem sobie, że jeśli choć jedna pozostanie na moim ciele, przebije skórę, wejdzie pomiędzy mięśnie a kości i będzie tam żyć aż do Końca Świata.

Traumę miałem wielką. Większą niż po przeczytaniu książki „Góry Umarłych” Tomasza Hildebrandta. I jestem z tego powodu bardzo zły, bo przez całe dzieciństwo trzymałem się od biwaków, nocowania w namiocie oraz górskich wędrówek bardzo daleko. Czuję, że straciłem kawał fajnych wspomnień. Żałuję, że nigdy tego nie spróbowałem. Taka noc spędzona na łonie natury, przy ognisku, z noclegiem na dziko, musi być niezwykle przyjemnym uczuciem.

Ktoś wie, jak zacząć biwakować w wieku 26 lat?

PS Najlepiej bez szczypawic.

  • Ale Ty młodziak jesteś! 😀 Biwakuj i nie pierdol!
    ps. Ja zamulam jutbem wieczorami.
    pps. Mi na obozie wlazł pająk DO UCHA i tak-mam fobię do dzisiaj 😀

    • Szymon | pomensku

      Poczekaj aż będę po czterdziestce, wtedy to dopiero będę młodziak! 😀 Pająków na szczęście nie było, jedna trauma mniej 😀

      • No mówią, że życie zaczyna się po 40stce 🙂