Jakie jest Twoje ulubione miasto?

Często się irytuję. Szczególnie denerwują mnie drobnostki, które są efektem chamstwa, cwaniactwa lub braku szacunku do innych. Staram się być opanowanym i spokojnym człowiekiem, dostrzegając jak najwięcej plusów. I to się sprawdza. Ale w wielu sytuacjach znajdzie się choć jeden minus, który jest w stanie przekreślić wszystko.

Tym niezgrabnym i nazbyt ogólnikowym wstępem przechodzę do części zasadniczej tego tekstu. Uwielbiam Toruń. To miasto słynące z pierników i heheszków wywołanych faktem ogólnie znanym. Jestem wobec Torunia bezkrytyczny. Do tego stopnia, że za zaletę uważam bliskie sąsiedztwo Bydgoszczy (skądinąd zwanej w Toruniu – Brzydgoszczą, Bydłoszczą lub – uwaga, mój faworyt – Tyfusowem). Uwielbiam Toruń za Krajinę Piva, za piekarnię na Bydgoskim Przedmieściu z pysznymi razowymi rogalami, za lody u Lenkiewicza i za baldachimy przy fontannie w parku miejskim, pod którymi uwielbiam czytać książki.

W Toruniu mieszkałem trzy lata. Przeprowadziłem się tam prosto z podkrakowskiej miejscowości. Studiowałem dwa kierunki. Wynajmowałem trzy mieszkania. Pracowałem w czterech miejscach. Niemal każda z tych rzeczy musiała się w pewnym momencie spieprzyć. Co rusz, to pechowa sytuacja, kiepski splot zdarzeń lub po prostu – najogólniej rzecz ujmując – nieodpowiedni ludzie. Przez te trzy lata nie udało mi się odnaleźć w Toruniu ani miesiąca spokoju. Rzuciłem studia, zrezygnowałem z pracy na etacie i podjąłem decyzję, że już nigdy nie wynajmę mieszkania. Mimo wszystko żadna z tych rzeczy nie jest w stanie podważyć mojego uwielbienia do Torunia. Szczególnie teraz, gdy już w nim nie mieszkam.

Po wyprowadzce z Torunia układa mi się wszystko. Na myśl o pracy przebieram nóżkami, gdyż nie mogę się jej doczekać. Odnalazłem nową pasję, jaką jest trening siłowy. Po prostu pewnego pięknego ranka zjadłem śniadanie, pojechałem na siłownię, kupiłem karnet i od tego czasu nie śpię, bo myślę o tym, czy podczas wyciskania żołnierskiego nie powinienem prowadzić łokci bliżej ciała. W Toruniu wybierałem się na siłownie dwa lata. Ciągle coś stawało mi na drodze.

Zapewne też macie swoje najukochańsze miasta. Takie, które przywołują same dobre myśli i najchętniej znaleźlibyście się w nich już dziś. Być może wiąże się z tym niezwykła przygoda albo – jak w moim przypadku – szara codzienność. Jest w nich jednak coś, co Was nieustanie zachwyca i sprawia, że każdy dzień jest jak znalezienie w szafce zapomnianego słoiczka Nutelli z datą ważności do jutra. Pomyśl przez chwilę: jakie to miasto? Albo lepiej nie myśl. Ono powinno przyjść Ci do głowy samo, od razu.

Ten wpis ma dwojaką naturę i cel. Jednym z nich jest gloryfikacja miejsc, które kojarzą nam się ze szczęściem. I tym jest mój Toruń. Są jak niespełniona miłość. Jak kochanka, dla której najchętniej pisalibyśmy niezbyt zgrabne wiersze i kupowali przesłodzone czekoladki. Do dziś uwielbiam jeździć do Torunia, choć to ponad sto kilometrów stąd. Często też rozważam z Bonobo, czy nie kupić w przyszłości tam mieszkania.

Jednak po paru momentach przychodzi myśl, która jest dopełnieniem dwojakiej natury tego wpisu. Jest to myśl o miejscach, które może nie kojarzą nam się ze szczęściem, ale… w nich jesteśmy szczęśliwsi. To najczęściej miasta, o których nikt nie marzy i większość myśli o tym, by z nich wyjechać tuż po maturze. Jest ich w Polsce wiele. Są jak kochanka, która może nie jest tak piękna i powabna, za to piecze świetne babeczki. A z każdym dniem stają się coraz fajniejszą kumpelą, z którą uwielbiasz spędzać czas na oglądaniu kiepskich filmów i podżeraniu ciasteczek. I tym jest mój Konin.

  • Rysie Tropy

    Niewiarygodne, ale w Toruniu mnie jeszcze nie było! Muszę nadrobić zaległości 🙂 Ja ulubionego miasta nie mam, ale za to mam kilka takich, do których uwielbiam wracać. Wrocław (najlepszy z najlepszych, bo rodzinny), San Francisco (za luz, klimat wolności i ludzi), Barcelona (za wspomnienia), Tallin (za urodę), Oslo (najlepsza baza wypadowa w góry!)… oj nazbierało się tego, nazbierało 🙂

    • Szymon | pomensku

      Zazdroszczę okrutnie! Każde z tych miast (włącznie z Tallinem!), z chęcią bym odwiedził. I każde z innego powodu 🙂

  • Ach, jak ja dobrze rozumiem to, co piszesz! (I jak doskonale się to odnosi do mojego walentynkowego wpisu!) Dla mnie takimi miastami są Wrocław i Lubin, każde ze swoimi zaletami i wadami…

    • Szymon | pomensku

      Ach, ten Wrocław! Najwyższy czas go odwiedzić 🙂

  • Ilona Wróblewska

    Toruń! Byliśmy z mężem jeden jedyny raz, ale zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia! Zastał nas festiwal światła co jeszcze dopełniło radości z wizyty. Polecam każdemu, mimo, że byliśmy tylko na weekend.

    • Szymon | pomensku

      Ha, a ja znów nigdy się na festiwal światła nie zapałałem! W tym roku będę pierwszy raz 🙂

  • raczkujacwswiat

    Toruń to moje miasto i je UWIELBIAM! Dużo podróżuję i obecnie mieszkam w Bydgoszczy, ale jeśli ze wszystkich miejsc w jakich byłam miałabym wybrać to jedno, to zdecydowanie TORUŃ!

    • Szymon | pomensku

      Ja zaś mogę powiedzieć, że kilka razy byłem w Bydgoszczy i nic mnie nie zjadło ani nie wciągnęło, więc Bydgoszcz można nawet polubić 😀

  • ou, naprawdę dobry tekst. W Toruniu jeszcze nie byłam, ale zaglądnę – obiecuję.
    Moim zaniedbanym kochankiem jest Rzeszów, który jak najszybciej chciałam opuścić po maturze. Dzisiaj, po 6 latach spędzonych w Krakowie, coraz chętniej zwracam ku niemu oczy. A przecież obiecywałam sobie – nigdy więcej! Coś w tym jest, że pewne rzeczy potrafimy docenić, dopiero gdy je stracimy 😉

    • Szymon | pomensku

      Ja cały czas się zastanawiam, czy byłbym szczęśliwszy w Krakowie niż w Toruniu czy Koninie. Mieszkając w Krzeszowicach, nie rozważałem żadnej innej opcji, a tu proszę, życie potoczyło się inaczej 😉