Lifestyle

Czerpać radość z golenia, czyli jak zacząłem golić się maszynką na żyletki | Tani zestaw na początek

Nienawidziłem się golić. Odwlekałem tę czynność za każdym razem, starając się jednocześnie zapomnieć o fakcie, że mój zarost wygląda jak zwiędły koper. Próbowałem wszystkiego. Jednorazówek, drogich Gilletów, Isany z Rossmana, maszynek elektrycznych. Trzy ostrza, cztery, siedem, dwadzieścia – mógłbym tak iść w nieskończoność, ale jak mawiał klasyk, to by nic nie dało.

Powrót do klasycznej męskiej elegancji

Przypomniałem sobie jednak o tym, że istnieją maszynki na żyletki. Myślałem, że już dawno odeszły do lamusa i tkwią gdzieś w jego zakamarkach pomiędzy Lenarami, Gadu-Gadu a Ich Troje. Traf chciał, że pisałem o nich akurat artykuł do czasopisma i okazało się, że wciąż mają rzeszę fanów. To jednak nic jeszcze nie znaczyło, bo teoria płaskiej ziemi też ma rzeszę fanów i to, jak twierdzą, na całym globie. Postanowiłem spróbować, a zachęciły mnie do tego artykuły Łukasza Kielbana z blogu Czas Gentlemanów.

Warto utrudnić sobie życie

Kupując maszynkę elektryczną myślałem, że moje życie zmieni się o 180 stopni. Zacznę się więcej uśmiechać, mniej zacinać i będzie jak w piosenkach Patrycji Kosiarkiewicz. Trochę wesoło, trochę przaśnie, ale przynajmniej bez tej cholernej pianki do golenia (nic mi nie wiadomo, by p. Patrycja napisała coś o piance). Jak można się domyślić, elektryczną maszynkę znienawidziłem już po tygodniu. Powiedzieć, że goliła dokładnie, to jak powiedzieć, że Fonsi zaśpiewał. Kwestia umowna.

Zauważyłem inną zależność. Znacznie bardziej lubię rzeczy, które sobie… utrudniam. Parzenie kawy w najprostszym ekspresie z kolbą, gdzie najpierw muszę zmielić kawę, wsypać do sitka, ugnieść, włożyć do kolby, nalać wody, włączyć, a potem babrać się z czyszczeniem tego całego szpeju, sprawia mi ogromną przyjemność. Lubię ten ekspres znacznie bardziej niż drugi, w którym muszę jedynie wcisnąć guzik, a on sam zmieli porcję kawy, zaciągnie wodę ze zbiornika i zaparzy idealnie odmierzoną ilość płynu.

Pierwsze kroki z maszynką na żyletki

Postanowiłem spróbować z maszynkami na żyletki. Kupiłem najprostszą maszynkę Wilkinson Sword Classic za kilkanaście złotych, nałożyłem piankę na ryło i przystąpiłem do ciachania tej trzciny. Gdyby była to recenzja sponsorowana (a nie jest i na tym blogu nigdy takiej nie znajdziecie), pewnie przeczytalibyście o tym, jak cudownie mi było, jak doskonałe uczucia temu towarzyszyły, a motyle i ćmy wypełniły całą łazienkę zapachem tęczy.

Zapomnijcie. Mordę miałem jak Rocky Balboa po walce z tym Ruskiem w czwartej części. Krew lała się jak wódka na zjazdach PSL-u, a cerę miałem tak czerwoną, że mógłbym się wybrać na pochód pierwszomajowy bez flagi. Nie zraziłem się i spróbowałem drugi raz. Potem trzeci, czwarty i, matematyka nie znosi plot twistów, piąty. Było znacznie lepiej. Dopiero po czasie dowiedziałem się, że skóra musi przyzwyczaić się do żyletki i po ok. tygodniu golenie maszynką na żyletki jest już godne człowieka, właściciela dwóch kotów.

Tani zestaw na początek

Mogłoby się wydawać, że rozpoczęcie przygody z klasycznym goleniem jest drogie. Owszem, ceny dobrych maszynek na żyletki rozpoczynają się od około 100 zł, kremy, mydła, pędzle i balsamy też potrafią być drogie, ale można zacząć bardzo tanio. Mój zestaw składający się z maszynki, żyletek, pędzla i kremu kosztował ok. 50 złotych.

  • Maszynka Wilkinson Sword Classic: ok. 15 zł
  • Krem Wars/Lider Classic: 4 zł
  • Pędzel Isana: 20 zł
  • Żyletki Wilkinson: w zestawie z maszynką/ osobno 6 zł
  • Balsam Bond: 10 zł

Myślę, że to dobry zestaw by rozpocząć przygodę z klasycznym goleniem i sprawdzić, czy nam to w ogóle odpowiada. Ja już przekonałem się, że to coś dla mnie i w przyszłości pewnie kupię sobie metalową maszynkę lepszej jakości. Nie zamierzam zmieniać na razie pędzla ani balsamów, gdyż te tanie bardzo mi pasują. Podobnie rzecz ma się z kremami i te „dziadkowe” za kilka złotych, tj. Warsy, Lidery, Brutale i Bondy, są podobno całkiem dobrej jakości. To dla mnie duże zaskoczenie, gdyż myślałem, że mogę się po nich spodziewać jedynie podłości, afrontów i nieoddawania pieniędzy. Nie spodobał mi się tymczasem żel Ziaja Yego, po którym spodziewałem się najwięcej. Jest dziwny i ciężko się wyrabia. To zaskakujące, gdyż inne produkty tej firmy nigdy mnie nie zawiodły.

Zalety golenia maszynką na żyletki

Przede wszystkim nigdy nie byłem tak dobrze ogolony. Dopiero teraz czuję, że moja skóra jest gładka. Nie potrafiłem tego uzyskać wcześniejszymi maszynkami. Choćbym skrobał twarz tydzień, zawsze zostawały jakieś kujące włoski. Żyletka zbiera wszystko i ma gdzieś twoje pięć ostrzy albo ruchome głowice tnące.

Po drugie, stworzyłem sobie pewien rytuał, dzięki czemu bardzo lubię golenie. Ba, wyczekuję na nie jak na gołąbki! Wcześniej potrafiłem zapuścić się przez tydzień, teraz golę się codziennie. Mam ten komfort, że nie muszę pędzić wcześnie rano do pracy, więc w spokoju wyrabiam pianę, golę się i nakładam balsam. Z niczym się nie spieszę, golę się bardzo dokładnie i traktuję to jako rozrywkę, chwilę na siebie. Używam maszynki na żyletki od miesiąca i nic nie wskazuje na to, by ten entuzjazm miał mi przejść.

Trzecia i ostatnia sprawa to ta, o której dżentelmeni nie rozmawiają, czyli pieniądze. Golenie żyletkami w moim przypadku jest dużo tańsze. Wymienne ostrza Gillette doprowadzały mnie do bankructwa, a żyletki są tanie jak barszcz. Za 5 sztuk płacę 6 złotych i wystarczają mi na miesiąc. Kupuję je w drogerii, a gdybym zamawiał w Internecie, miałbym jeszcze tańsze i lepsze.

Czy polecam?

Tak, zdecydowanie. Pamiętajcie jednak o tym, by nie zrażać się pierwszym goleniem. Najpewniej będzie nieudane. Później wytrwałość zaprocentuje. Najważniejsze to nauczyć się odpowiedniej techniki, która wymaga „ręcznego” dostosowywania kąta przykładania ostrza do twarzy. Nie jest to trudne, ale na początku możecie czuć się zdezorientowani.

Nie wiem także jak to jest z trądzikiem. W takim przypadku chyba lepiej zrezygnować z żyletek, bo maszynka zetnie wszystko. Być może w tych droższych jest inaczej, ale moim budżetowym Wilkinsonem zdarzyło mi się zedrzeć krostkę. Przygotujcie się na takie sytuacje i kupcie kryształ ałunu. Jeśli będziecie uważać, nic Wam się nie stanie.

Na koniec mam pytanie do Was. Goliliście się kiedyś maszynką na żyletki? Zaczęliście od tych tanich, czy może od razu sięgnęliście po coś lepszej jakości? Jeśli macie własne uwagi do golenia maszynką na żyletki albo znacie inne sposoby na czerpanie przyjemności z golenia, podzielcie się nimi w komentarzu, chętnie przeczytam.

Trzymajcie się i bądźcie gładcy!

Źle to zabrzmiało.

Cofam.

Cześć. Po prostu.

  • Haha, gdy byłem mały postanowiłem ogolić się. Wyjąłem więc z szafki golarkę (na żyletkę) ojca i ała! Ciachnąłem się konkretnie. A potem bywało różnie, całkiem fajnie goli się żyletką. Tyle tylko, że od lat te żyletki to jakaś porażka jest, są wybitnie jednorazowe 😉

    • Szymon | pomensku

      Pamiętam, że maszynkę na żyletki miał mój dziadek. Leżała w gablotce na wysoki połysk, za szkłem, obok kryształów i scyzoryka gerlacha. Każdą z tych rzeczy chciałem w dzieciństwie dotknąć, ale paraliżował mnie strach 😀

  • UNIVI

    Nie jestem facetem 🙂 Ale do depilacji wybieram zdecydowanie męskie maszynki, ba nawet męskie żele do golenia to nic, że potem wychodzę pachnąca jak facet, bo to szybko wywietrzeje, a przecież liczy się efekt 🙂

    • Szymon | pomensku

      Tylko przypadkiem nie próbuj męskich kremów do golenia (wars/brutal/lider), bo to wyższa forma męskiego smrodu 😀

      • UNIVI

        A w życiu 😀 Wolę zdecydowanie Nivea, Giliette, Wilkinson lub ewentualnie AA 😀 Od złej biedy będzie też jakiś ze sklepu z owadem, ale tamte wyżej wymienione są sprawdzone przy mojej skórze skłonnej do podrażnień.

  • „Krew lała się jak wódka na zjazdach PSL-u, a cerę miałem tak czerwoną, że mógłbym się wybrać na pochód pierwszomajowy bez flagi.” No padłam ze śmiechu 😀

  • Mój mąż nienawidzi się golić. Kobiety mają kilka miejsc więcej do golenia i jakoś nie robią o to szumu! 😛