Lifestyle

Jak to jest z tą całą siłownią?

Pamiętam swoją pierwszą w życiu wizytę na siłowni. Ważyłem wówczas niewiele więcej niż worek ziemniaków i wcale nie poszedłem tam ćwiczyć. Ot, popatrzyć jak ćwiczą starsi koledzy. Miałem 13 lat i marzenia tak wielkie, że Kołcz Majk zalałby się rumieńcem. Miałem też żółwia Macieja. Uciekł przez balkon.

Wracając do siłowni, była to typowa piwniczna mordownia. Towarzystwa trochę się bałem, bo słuchali agresywnego hip hopu i pili napój energetyzujący z Biedronki, a mama zawsze powtarzała, że od tego można dostać haluksów (albo zawału, nie pamiętam). Między kolejnymi kawałkami Firmy oraz Hemp Gru słychać było parsknięcia i pojękiwania, a za hi-hat robiła suwnica Smitha, zwana także portalem przyrostów.

Choć miałem wówczas czwórę (ale z perspektywą na 5!) z polskiego, to piwniczna siłownia uzmysłowiła mi, że za cholerę nie rozumiem o czym oni mówią. Ostatnim razem podobne dialogi słyszałem w Jurassic Park. Siłownia to był dla mnie świat tak odległy, inny i nowy, jak dla hipstera zakupy w Biedronce (to już koniec porównań do Biedry, obiecuję). Chciałem uciekać, lecz trochę się cykałem, bo biceps co poniektórych był większy od mojej głowy. Mój sceptycyzm do wesołego podrzucania sztangą musiał być więc ukryty. Jak widać skutecznie, bo żyję.

Od tego czasu siłownia kojarzyła mi się wyłącznie z troglodycką rozrywką, która pasuje uczciwemu człowiekowi jak smarowanie pizzy keczupem. Co więcej, wszelkie moje stereotypy non stop się potwierdzały. Gdy słyszałem, że zasób słownictwa mojego nowo poznanego rozmówcy można liczyć w sylabach, mogłem śmiało zagaić rozmowę o ulubionej kreatynie. Nie robiłem tego jednak zbyt często, gdyż zawsze kończyło się na wypytywaniu mnie o rekordy w wyciskaniu na klatkę, a jako niećwiczący szczypior nie miałem o tym pojęcia. Jedyne co wyciskałem to pastę do zębów i pryszcze.

Mój pogląd o siłowni i kulturystyce trwał długo. Pielęgnowałem go ignorancją i młodzieńczym nadęciem aż do momentu, w którym poszedłem na studia. Trafiłem bowiem na pewnego posuniętego wiekiem profesora, który słynął z ogromnej erudycji. Gdy zaczął o sobie opowiadać, byłem pewien, że usłyszymy o rozległej kolekcji znaczków oraz ulubionych fragmentach z Umberto Eco i Mircei Eliadego. Jego opowieść o kulturystyce była dla mnie jak pierdolnięcie baranka w trzepak. Wiecie, trochę boli, trochę wstyd.

Początkowo myślałem, że gość nie łyknął rano Geriavitu i pomyliło mu się z kulturoznawstwem. Gdy jednak opowiadał o talii Steve’a Reevesa i bicepsach Arnolda Schwarzeneggera, zrozumiałem, że wie o czym mówi. O czymś, co kojarzyło mi się z dotychczas wyłącznie z rycerzami ortalionu na wiecznej masie, z którymi możesz porozmawiać głównie o wachlarzu opcji pomocy w spuszczeniu sobie wpierdolu.

Na siłowni ćwiczę od niecałego roku. Poznałem w tym czasie wielu gości, a część z nich jest w stanie złożyć zdanie, w którym podmiot nie będzie oddzielony od orzeczenia kurwą. Ba, niektórzy z nich są nawet na REDUKCJI. Wierzycie? Ci goście czytają książki, prowadzą własne firmy i wiedzą, że „pecunia non olet”, to nie nazwa wysokobiałkowej potrawy na masę.

Siłownia to po prostu fajny sposób na aktywność fizyczną, poprawę sylwetki oraz solidne spuszczenie łomotu nerwom. Zwłaszcza, jeśli spędzasz cały dzień przy biurku, a mięśni używasz jedynie wtedy, gdy trzeba wynieść śmieci. Kulturystyka zaś, wbrew pozorom, to nie utłuczone schaby z wywalonym brzuchem i górą mięśni. Dla mnie to estetyka, proporcje i sprawność. To dla mnie nie Kai Greene, tylko Steve Reeves. Nie wieczna, świńska masa, a sylwetka, jakiej pragnie każdy mężczyzna. Ja pragnę, dlatego rzucam sztangami jakbym przedawkował ViboVit.

To właściwie tyle. Idę coś zjeść. Wpadajcie częściej, obczajcie Steve’a Reevesa i trzymajcie się mensko.

  • A ja nigdy w życiu nie byłam na siłowni… Nie wiem, czy mogłabym się w takim miejscu odnaleźć…
    A ćwiczę parę razy w tygodniu 😉

    • Szymon | pomensku

      Siłownia siłowni nierówna, więc dużo zależy od towarzystwa z jakim się w niej spotkasz. Moja jest akurat bardzo przyjazna i nie gryzie, ale jest mnóstwo takich, na których nie jest zbyt przyjemnie. Osobiście staram się omijać mordownie, bo ciągłe pojedynkowanie się na poziom testosteronu mnie po prostu nudzi. Chodzę tam, by w przyjemności odwalić trening, a nie pojedynkować się na spojrzenia z napuszonymi byczkami. W domu też ćwiczę, mam domową siłownię, ale nie potrafię się tak zmotywować, jak w klubie fitness. Widok osób lepszych ode mnie motywuje mnie najbardziej 😉

      • Rozumiem 🙂 Ja kiedyś również nie potrafiłam się sama zmotywować. Na szczęście sytuacja finansowo-społeczna mnie zmusiła do podjęcia wyzwania i hmm… wyrabiam w sobie nawyki – sama, bez motywacji z zewnątrz. Pękam z dumy prawdę powiedziawszy 😀

  • powiem Ci że ja w staff rumie nadal czasem nie kumam oczym trenerzy rozmawiają 😉
    ale zdecydowanie zgadzam się- siłka nie taka straszna jak ją malują 😉

    • Szymon | pomensku

      #musiałsprawdzićcotostaffroom #takbardzoniezwarszawy #zgadzasięzblogierką 😀

      • hehe, to wszystko przez mój #polinglisz 😀