Lifestyle

Jak mam zacząć biwakować?

Zazwyczaj to bloger wymądrza się na różne tematy, udając eksperta. Zazwyczaj na te, o których nie ma zielonego pojęcia. Dziś zamieniam tę rolę. Dziś to ja pytam Was. A pytam o rzecz dla mnie ważną, bo planowaną od niepamiętnych czasów. Chodzi o biwak. Już tłumaczę.

Jak pisałem ostatnio (no dobra, kilka miesięcy temu), zawsze chciałem się wybrać na biwak. Taki zwykły, pod namiotem, z kabanosami, zupką chińską i sucharami bieszczadzkimi. Pamiętam, że wpadłem na ten pomysł jakiś czas temu, postanowiłem nawet, że pojadę w następnym tygodniu i ten tydzień to właściwie trwa z siedem lat. I tak krócej, niż zwlekam z odmalowaniem pokoju.

Jeśli zaś chodzi o biwak, to jestem już na etapie intensywnego planowania. Planowanie wygląda w następujący sposób: wchodzę na stronę z namiotami i myślę sobie „o, ten jest ładniutki”, po czym wyłączam komputer i idę sobie zrobić kanapkę z pomidorem. Mówiąc szczerze, jestem w kompletnej dupie. A, na dodatek, koledzy blogerzy wrzucają fotki i posty o zabawianiu w lesie. Tak się nie robi innym blogerom. Nie zwykłem rzucać inwektywami, ale pewnie są VAT-owcami i smarują kromkę masłem przed nałożeniem warstwy Nutelli.

Zawsze myślałem, że ten cały ekwipunek potrzebny na biwak materializuje się w przedpokoju sam. Wystarczy go chwycić, założyć kapelusz i można ruszać w Bieszczady lub na Mazury. Tam czeka na nas jezioro, idealnie gładziutka trawa bez ani jednego kamienia i drewno połupane w równe szczapy, coby sobie rozpalić ognisko. Sądziłem, że to się dzieje samo.

Dziś pojąłem, że biwakowy asortyment trzeba kupić. Ba, najprostsza rzecz na świecie. Gorzej z wyborem. Bo skąd mam wiedzieć, czym różni się słup wody o wysokości 2000 mm od tego 2500 mm? Dlaczego nikt mnie w szkole nie nauczył jak odróżnić śpiwór na letnie rześkie noce, od tego na wczesnojesienny wypizd przejmujące zimno? I którą stronę karimaty pokrytej aluminium mam, cholera jasna, skierować do ziemi? To są pytania, na które nie ma prostych odpowiedzi.

Ja biwak wyobrażam sobie tak, że jadę, cyk, cyk, niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie. Namiocik, karimatka i, cyk, otwieram jakąś Pintę scyzorykiem. Zupełnie nie dopuszczam do siebie faktu, że istnieją opady atmosferyczne lub krwiożercze meszki. Zresztą – kiedyś oblazły mnie skorpiony na afrykańskiej pustyni i nawet nie odłożyłem szklanki whiskey. No dobrze, nie były to może skorpiony, ale mocno kąsające mrówki. Może nie na afrykańskiej pustyni, ale w małopolskiej wsi. No i nie piłem żadnej whisky, miałem 15 lat. Żłopaliśmy Carlsberga.

Dlatego mam pytanie do Was: jak zacząć biwakować?

Pytam poważnie. Jak Wy zaczęliście? Od biwaków harcerskich i pierwszych nieśmiałych buziaków podczas nocnego czuwania? Czy może zebraliście się, już po trzydziestce, w auto, wzięliście keczułę, wódkę z wesela i pojechaliście do Mielna? Wolicie kimać w lesie na dziko, czy pławić się w luksusach kempingu? Bierzecie prawilną karimatę czy idziecie na bogato, pełną bombą, z matą samopompującą?

Piszcie, chętnie poczytam. Zostanę prawdopodobnie pierwszym blogerem, który więcej czyta niż pisze.