Lifestyle

Jak mam odczarować niedzielę?

Nienawidzę niedziel. Męczą mnie bardziej niż trening nóg i sprawiają, że nawet Choco Bonsy nie wchodzą. To najgorsza doba w tygodniu. Dwadzieścia cztery godziny totalnego zblazowania. Już tłumaczę dlaczego.

Jest parno. Każda niedziela jest parna, duszna i nieznośnie cicha. Jeszcze wczoraj Twój sąsiad do późnego wieczora rżnął stare meble na opał, kierowcy tirów rozjeżdżali Ci przed blokiem asfalt oraz duszę, a Ty sam kosiłeś trawę. I to nie dlatego, że była zbyt długa. Mężczyźni koszą trawę wtedy, gdy pokłócą się z żoną. W niedzielę wszystko mija. Gwar ustaje i do uszu przebija się tylko rytmiczne dudnienie tłuczenia schabu.

Ale to nie dźwięk (a raczej brak dźwięku) sprawia, że niedziela staje się nieznośna. To zapach. Niedziela pachnie prasowaną kościółkową koszulą, tłustą smażeniną na obiad i zwietrzałą wodą kolońską mijających Cię spacerowiczów, zmieszaną z trawionym alkoholem. Rodzinny spacer to taka niepisana tradycja niedziel. To przymus powłóczenia nogami wprost do najbliższej budy z lodami. I tak nie masz na nie ochoty, bo przed chwilą zjadłeś połowę świni, ale co to za niedziela bez lodów.

Przyjrzyjmy się jednak samemu spacerowi, bo to nie może być zwykły spacer. Musi być pełen zadumy. Każdy krok to jedna myśl, w której zastanawiasz się nad własnym życiem. Po wyciągnięciu wniosków stawiasz nieśmiało stopę na kostce bauma. Ostrożnie i z powagą, jakby była wyłożona najszlachetniejszą tkaniną. Opuszki palców nieśmiało pieszczą bruk, a Twoja twarz staje się transparentem: „jest niedziela – dumam”.

Po drodze witasz się z sąsiadem. Jeszcze wczoraj praliście się po pysku o to, kto przy wieczornej biesiadzie ładniej zaśpiewał „miała matka syna”, a dziś kłaniacie się sobie w pas. Mówicie „czołem, sąsiedzie”, lecz tak naprawdę każdy z Was słyszy: „jest niedziela – szanujmy się”. Rozmawiacie o tym, że duszno, parno i w ogóle to mogłoby popadać. I że do roboty trzeba iść jutro, i że tej roboty dużo, i że weekend, weekend i po weekendzie. Rozchodzicie się w ciszy.

Mijasz innych spacerowiczów. Tak jak i Ty przyszli do parku obcować z przyrodą. Udajesz, że wsłuchujesz się w śpiew ptaków i rozkoszujesz się nim jak najpiękniejszymi kantatami Bacha. Przymykasz oczy, by wciągnąć nosem tę całą naturę, ten zapach kwiatów oraz odżywczą wilgotność rosy. Kichasz, bo masz alergię na pyłki. Gdy ocierasz oczy, wmawiasz sobie, że wzruszyłeś się chwilą. Jest niedziela – odpoczywasz.

Po wszystkim wracasz do domu. Jesteś zmęczony jak nigdy. Przysypiasz. Wskakujesz w wygodne dresy i marzysz o tym, by ten odpoczynek wreszcie się skończył. Myślisz, że najgorsze czeka Cię jutro. Powrót do pracy. Powrót do rzeczywistości. W rzeczywistości jednak czujesz, że ten poniedziałek to nie widmo. To wybawienie.

Nienawidzę niedziel. Nie znoszę tych karcących spojrzeń, które piętnują każdą niepożądaną aktywność: uśmiech, zabawę, głośną rozmowę, szybkie chodzenie itd. Każda niedziela sprawia, że mam ochotę rąbać drewno, pracować, kosić trawę i robić wszystko, czego w niedzielę robić absolutnie nie wolno. Wszystko z wyjątkiem odpoczywania.

Macie jakieś sposoby na odczarowanie niedziel? Wiecie jak sprawić, by nie była taka nadęta, sztywna i parna? Macie ulubione aktywności, które dodają Wam wówczas sporo energii na nadchodzący tydzień? Podzielcie się nimi w komentarzu. Chętnie z nich skorzystam.

  • Hehe- Szymon wbijaj do pracy w gastro- gwarantuję karuzelę smiechu, niezly zapierdol i brak rutyny 😀

    • Powiem wam w tajemnicy, że w takie dni często pakuję do torby komputer i wymykam się chyłkiem popracować w jakiejś kawiarni powkurzać trochę tych co pracują w gastro 😉 i poodpowiadać na wkurzające maile, żeby sobie trochę ciśnienie podnieść.

      • No co Ty! Taki komputerowy dłubacz jest mile widziany w kawiarni! Oczywiście jesli nie wbija tuż przed zamknięciem 😉

        • Wiadomo, komputerowy dłubacz najlepszy, siądzie grzecznie w kąciku z jedną kawą i na pół dnia stolik zajmie, co by nie było miejsca dla bardziej problematycznego klienta 😉

      • Szymon | pomensku

        Ja też jestem takim komputerowym, a nawet książkowym dłubaczem! Mieszkając niedaleko Krakowa wybierałem sobie co tydzień nową knajpkę, brałem nową książkę i przepadałem na całe popołudnie. No chyba, że była wyjątkowo piękna pogoda, wówczas chodziłem nad Wisłę 🙂

    • Szymon | pomensku

      W czasach studenckich pracowałem w odzieżowej sieciówce, w jednej z toruńskich galerii. Bawiłem się szampańsko cały tydzień, ale najmilej oczywiście wspominam niedziele. Wówczas gościliśmy na dziale dziecięcym całe rodziny, co było dla nas widokiem sielskim i wzruszającym. Nowe pokolenie małych ludzi jest, jak zapewne doskonale wiesz, wspaniałe 😀

      • O dżizas! To swoje przeszedłeś 😉

  • Też nienawidzę niedziel. Nie chodzę do kościoła, nie chodzę na spacery, ale i tak nienawidzę. Czego tak bardzo nienawidzę? Braku adrenaliny chyba najbardziej. Ledwie wstanę i zjem śniadanie, już chce mi się spać. Wszystko da się znieść, kiedy jest ładna pogoda, wtedy jedziesz za miasto albo chociaż wskakujesz na rower albo coś. Ale tak jak teraz, tak jak dzisiaj, masakra.

    • Szymon | pomensku

      Mnie zawsze ratowały krakowskie galerie handlowe. Uwielbiałem łazić po nich niedzielami i dręczyć biednych pracowników księgarń i knajp. Bardzo lubię wielkomiejski gwar i chyba właśnie tego krakowskiego hałasu najbardziej mi brakuje. Najbardziej w niedzielę 🙂

      • I dlatego cieszę się, że żadnego głupiego pomysłu z przeprowadzką za miasto nie udało mi się do tej pory zrealizować 😉