Lifestyle

Czy Twoje miasto żyje?

Moja dziewczyna Bonobo śmieje się ze mnie, że jestem typem pociekającym. Czym jest pociekanie? W gwarze tubylczej, konińskiej, jest to wyjście z domu bez konkretnego celu. Taki spacer, tyle że bez kobiety. Pociekanie w wielu przypadkach kończy się schlaniem ryja z kumplami w stylu dostosowanym do danego anturażu, jednak w moim przypadku – nie. Ja po prostu sobie łażę.

Ten wstęp jest rzecz jasna zbędny, jednak pokieruje mym tokiem myślenia przez dalszy ciąg artykułu jak koniem z wędzidłem w pysku. Bo w pociekaniu jedna rzecz jest bardzo ważna – trzeba mieć gdzie pociec. Tu nie wystarczy polna droga albo kilka osiedlowych alejek wyłożonych smutną kostką brukową. Mi potrzeba wrażeń. Taki jestem roszczeniowy.

Te wrażenia dają mi jedynie miasta tętniące życiem. Dostaję drgawek na myśl o tym, że miałbym zamieszkać gdzieś w Bieszczadach, gdzie tylko natura, zieleń i cisza. Lubię gwar, hałas i pulsujące miasto. Lubię otwieranie nowych knajpek w pobliżu z tempem tak dużym, że nie zdołam ich odwiedzić wszystkich do końca życia. Lubię wydarzenia kulturalne, nawet te najbardziej idiotyczne w stylu dnia ziemniaka, byle było tych wydarzeń jak najwięcej. Lubię te wymuskane parki tworzone w centrach osiedli, pełne ścieżek rowerowych, fontann, siłowni plenerowych oraz punktów z amerykańskimi lodami. To nawarstwienie rzeczy mi obojętnych oraz całkiem zbytecznych, które cieszą mnie niemal tylko z uwagi na to, że są. Że dają mi wybór i możliwość.

Interesuję się ostatnio tematem rewitalizacji miast, bo lubię urbanistykę, a problem wyludnienia mocno dotyczy miejsca w którym obecnie przebywam. Starówka po godzinie 17 wymiera, a w powietrzu furczy duszna beznadzieja. Władze zaś zupełnie nie mają pomysłu na to co z tym zrobić, bo górniczy i przemysłowy życiorys miasta jest doskonałym przyczynkiem do tego, by traktować je jak brzydką pannę na wydaniu. Zupełnie tak, jakby sensem jego istnienia było jednie zapewnienie napływu ludzi do wykupienia zapasu karkówki na grilla z Biedronki.

Na szczęście w innych dzielnicach Konina jest lepiej. Ludzie spacerują, oddają się rześkiemu konsumpcjonizmowi (który uwielbiam) i czerpią z dobrodziejstw kulturalnych wydarzeń. Nie wisi w czasoprzestrzeni to paskudne uczucie wyludnienia, ta nieznośna mentalna niedziela, która całym swoim jestestwem czyni nam wyrzuty, że ośmieliliśmy się wypełznąć z domu, zamiast siedzieć przed telewizorem i żłopać piwo jak każdy inny uczciwy człowiek.

Bo wybór jaki dają nam tętniące, szybko rozwijające się miasta, jest nie do przecenienia. Mogę świeżuteńką ścieżką rowerową podjechać do najbliższego kina, wybierać spośród miliona najprzeróżniejszych pubów, a jak będę miał ochotę iść do muzeum lotnictwa, to sobie pójdę do muzeum lotnictwa. Kurwa jego mać, rzecz jasna. Jeśli zaś kiedyś mi odbiję i zapragnę sojowego latte, to wybiorę się na takie sojowe latte, które wypierdzieli mnie z kapci.

I to zupełnie nie tak, że hejtuję wsie lub mniejsze miasteczka. One nie są gorsze ani złe, po prostu inne. Zupełnie do nich nie pasuję. Nie dają podstawowego bodźca, którego oczekuję od miejsca, w którym przebywam – szerokiego wyboru. I jest to oczywiście moją wadą, bo doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że klucz do szczęścia jest tak naprawdę tylko jeden – jak najmniej wymagać, zarówno od siebie jak i od otoczenia. Małe miasta są po prostu trochę jak nasza-klasa. Trącą mychą, większość osób nie zwraca na nie uwagi, ale babcia je lubi i wujek się w nich dobrze bawi. To kwestia gustu, a gusta są różne. Kiedyś wybrałem się z kumplem do baru na flaczki i bardzo mu nie smakowały, gdyż – cytuję – za mało mu dawały pampersem. Co kto lubi.

A ja lubię żywe miasta. A Ty? Czy Twoje miasto żyje?

  • Lubin jest takim trochę zombie, bo czasem jeszcze dysze, ale tylko w niektórych miejscach czy przy okazji festynów. Plan nowego rynku też się niestety nie przyczyni do pobudzenia życia i „miejskości”… Dlatego raz na jakiś czas musi być koniecznie weekend we Wrocławiu, żeby naładować baterie tą energią przepływającą przez tłumy!

    • Szymon | pomensku

      Robiłem identycznie, jak mieszkałem w Krzeszowicach! 🙂 Do Krakowa miałem 25 kilometrów, więc w chwilach beznadziei po prostu brałem książkę, wsiadałem w pociąg, jechałem na krakowskie bulwary i siedziałem np. 4 godziny, by zaczerpnąć trochę wielkomiejskiego szumu. Najbardziej przeszkadzały mi krzeszowickie kościółkowe niedziele, bo w takich małych miejscowościach tego dnia ludzie dziwacznie się zachowują. Są jacyś tacy spokojni, grzeczni, zwracają się do siebie tymi śliskimi, dobrotliwymi gadkami. Nie mogłem tego znieść 😛

      • Niestety ja mam trochę dalej, autem godzinka drogi tylko w tych rzadkich chwilach bez korków 🙁

        A w niedzielę wszyscy po kościele idą do galerii albo Mc’Donalda 😀

        • Szymon | pomensku

          I to bynajmniej nie sztuki 😀

          • No niestety 😀 Ale na szczęście ostatnio postawiono też na sport i rekreację – otwarto po kilki latach baseny odkryte, powstaje park militarny, nowe ścieżki rowerowe i coraz więcej skwerków z ławkami, więc idzie to wszystko w dobrym kierunku 🙂