Lifestyle

Coście zrobili z moimi wafelkami?!

Nadajemy z ostatniej chwili. A właściwie to nadaję, bo siedzę tu sam i żuję gumę kulkę. Gdy pisałem pierwsze słowo nagłówka, guma była słodka jak stado różowych jednorożców. Gdy piszę to zdanie, ma już smak gumowców. Czyli wszystko w normie.

Postanowiłem zrobić sobie podróż w przeszłość. Jestem człowiekiem wyjątkowo podatnym na melancholię, toteż co jakiś czas daję się ponieść tej brązowo-szaro-pstrokatej fali powrotu do lat 90-tych. Darzę je wyjątkową estymą, bo słowo „estyma” jest tak śmiesznie pretensjonalne i lekko żenujące, ale żenujące w ten sympatyczny sposób. Poziom Tomasz Hajto. I zupełnie nie tak bardzo żenujące jak słówko „ergo” lub zwrot „nabyć metodą kupna”, które zakrawają już o Tomasza Niecika. Co jest nie tak z tymi Tomaszami?

Moja podróż w przeszłość rozpoczęła się od wizyty w osiedlowym sklepiku. Dojrzałem tam tandetne fidget spinnery oraz te charakterystyczne cukierki z zabawkami, których mama nigdy nie chciała kupić, bo mówiła że drogie, niedobre i wypadną od nich zęby. Z naciskiem na drogie. W pierwszym rzędzie sklepowego badziewia dojrzałem mocnego zawodnika, tj. różowy plastikowy kibel (sic!) wypełniony kwaśnym proszkiem, w którym to moczy się lizaka. I, pomyślałem śmiało, że ten kibel to jest to, czego szukam. To jest mój bilet do przeszłości. Teraz pora na dalszą część niezbędnego ekwipunku i nic, tylko czekać na kanara, który mi ten bilet podbije. Jadziem.

Do różowego, wypełnionego proszkiem kibla dołączyły wspomniane wcześniej gumy kulki. Bałem się, że robią je dziś poprawnie i utrzymują smak dłużej niż 10 sekund, albo – nie daj Bóg – nie wyrywają plomb. Niesłusznie. Były sentymentalnie paskudne. Kolejną przepustką do lat 90-tych stała się oranżada, oczywiście najtańsza i wypita na miejscu, pani poczeka, ja tylko przed sklep wyjdę, wypiję i wracam. Jak przewidywałem, posmak niepierwszej świeżości wody nie został zabity, toteż moje wspomnienia odżyły jak feniks, choć kto go tam wie kim on był i z czego w rzeczywistości powstawał. Na oczy nie widziałem, na słowo nie uwierzę. Wracając do oranżady, miała cudownie poobijaną, porysowaną butelkę wielokrotnego użytku. Być może już kiedyś z niej piłem?

Trzecim, ostatnim punktem wycieczki miał być skąpany w czekoladzie wafelek. Całe życie byłem #TEAMPRINCEPOLO, takoż mój wybór był jasny. Sięgnąłem po to złote opakowanie i momentalnie przypomniały mi się wszystkie moje bazy, wszystkie kryjówki i te osiedlowe drzewa mirabelkowe na których wcinaliśmy słodycze, by młodsze rodzeństwo nie pchało usmarowanych błotem łap do paczki Rebelsów. Pamiętam jak kiedyś podczas jednej z posiadówek strzelił nieopodal piorun i wszyscyśmy się z tego drzewa z gracją spierdolili. I tylko Piotrek, który siedział nieco niżej, spadł.

I ja kupiłem to Prince Polo. Obowiązkowo klasyczne, bo mleczne i orzechowe zawsze było zbyt słodkie. Klasyczne miało przyjemnie gorzkawą i kakaową polewę. Ta polewa układała się w fantazyjne fale, jakoby powodowane działaniem polskiego, narodowego, patriotycznego wiatru. Mazurskiego tam czy halnego, bez znaczenia. I otwieram ja Ci złote opakowanie, rozrywam z namaszczeniem, by nie połamać wafelka a tu trzask w pysk. Trzask w pysk większy niż po pierwszej w życiu przedtreningówce.

Nima czekolady. Otwieram opakowanie, a tam nima czekolady. Tzn. jest, ale jest jej tyle, że widać wafelek. W dzieciństwie widok prześwitującego wafelka oznaczał, że po prostu ciastko się roztopiło. Nigdy więcej nie pojawiałem się w takim sklepie, bo są na tym świecie jakieś świętości. Nieroztopiona czekolada jest na miejscu trzecim, pomiędzy waskularyzacją a niedolewaniem soku do piwa. I, lat temu kilkanaście, ta czekolada była bujna. Była gruba jak panierka schabowego w przydrożnym zajeździe. Wafelek sowicie oblewano czekoladą, pamiętam to dokładnie. O prześwitywaniu wafelka nie było mowy.

To co się dzieje dzisiaj, to pewien rodzaj zbrodni. Czekolada wygląda tak smutno, tak źle, że nawet kwiecisty język Dariusza Szpakowskiego by tego nie oddał. A gość ma doświadczenie, bo komentował mecze Smudy. Idźcie, kupicie i sprawdźcie. Odnoszę nieodparte wrażenie, że o ile dwadzieścia lat temu moczyli te wafle w misce wypełnionej gęstą czekoladą, to dzisiaj malują je natryskowo kompresorem. I nie dotyczy to tylko, sprawdziłem, Prince Polo. Tak samo jest np. w Grześkach, Rogerach, Maxerach i kilku innych, które – w celach czysto badawczych – opierdoliłem. Są one smaczne, ale tej czekolady to ja, ni panie, nie wybaczę.

Drodzy producenci wafelków, ja się Was pytam. Co wyście najlepszego narobili? Gdzie jest moja spiętrzona, falista i GRUBA czekolada? Nie wiem jak Wy, ale ja nie zamierzam pozostawić tego w ten sposób. Podejmuję, pardon, WSZCZYNAM akcję protestacyjną. Polega ona na tym, by opędzlowując wafelek po KAŻDYM gryzie powtarzać w myślach: „Nie, nie, nie! Postępujecie bardzo nieładnie”.

I zaczynam ją JUŻ DZIŚ. Idę do lodówki po Grześki. Niech Goplanie pójdzie w pięty.