Lifestyle

Ciągle uczę się głupoty

Jest niedziela, ale nie ma u mnie dziś czytania książki, oglądania mądrych filmów dokumentalnych ani innych niepraktycznych czynności, które robią ludzie nienawykli do uczciwej, ciężkiej pracy. Dziś zajmiemy się pielęgnowaniem głupoty, bo w życiu mężczyzny jest to bardzo ważna rzecz. Już tłumaczę dlaczego.

Mądry już byłem. Mniej więcej w liceum, gdy wydawało mi się, że jak człowiek mocno się postara, to wyhoduje sobie trzecią nogę. Każdy z nas przez to przechodził. Również mój licealny kolega, o którym można było powiedzieć wszystko, ale na pewno nie to, ze ma godność i uczciwość człowieka. Kiedyś, pewny swojej przebiegłości, spytał nauczyciela angielskiego, jakimi danymi ma się podpisać na sprawdzianie.

– Wszystkimi – usłyszał od nauczyciela, który znany był z wyjątkowo niskiej tolerancji na głupotę.
– Ale jak wszystkimi? Mam wpisać adres zamieszkania? – zagaił zachęcony.
– Tak, wszystko.
– A numer gadu-gadu? (tak, coś takiego istniało)
– Też. Wszystko.
Tu doszedł do momentu, w którym nauczyciel sięgał do mentalnej piwnicy po ostatnie pokłady cierpliwości, jednak ciągnął dalej te heheszki. Mądry dawno by się już wycofał, jednak głupota nakazała kontynuować.
– A „d ł u g o ś ć”, też? – pierdolnął kolega, przyjmując pozycję triumfu.
Na ripostę nie musiał czekać długo.
– W Twoim przypadku to raczej „g ł ę b o k o ś ć”.

Wtedy byłem zażenowany zachowaniem kolegi, ale dziś rozumiem pewną ważną rzecz. Głupota to w gruncie rzeczy fajna sprawa. Bez niej byłoby znacznie nudniej. Jest jak swego rodzaju paszport, który pozwala iść przez życie przyjemniej, nie wdając się w jego zawiłości. I podjąłem decyzję, że będę ją pielęgnował. Bo, gdyby nie głupota, nie przeżyłbym w swoim życiu prawdopodobnie najpiękniejszych chwil. Kiedyś wsiadłem do pociągu z moją Bonobo i odwiozłem ją na drugi koniec Polski, bo uznałem, że tak będzie ciekawie. A miałem tylko pomachać z peronu, bo następnego dnia musiałem cieleśnie stawić się w robocie. Mądry człowiek by tego nie zrobił.

A ja zrobiłem. Dwa razy.

Całe szczęście miałem wtedy świetnego kierownika, który wybaczył mi moje młodzieńcze wybryki. Tylko pierniki kazał sobie z Torunia przywozić, bo w Krakowie to, mówił, niedobre. Inną sytuacją, w której głupota uderzyła mi w twarz ognistą kulą, było znalezienie pralki. I ta ognista kula nie jest, niestety, żadną poetycką metaforą. Po prostu, spieraliśmy się z kumplami, czy ta oleista ciecz na dnie śmietnikowej pralki Frani, to benzyna czy mocz.

Tak, moi kochani – benzyna czy mocz.

Trzech ośmiolatków w mgnieniu oka zawęziło wachlarz możliwości do dwóch żółtawych płynów. Benzyna albo mocz, nie ma innej opcji. Niestety, rację miałem ja i była to najprawdopodobniej benzyna albo coś innego równie łatwopalnego. Wątpliwości rozwiał jeden z kumpli metodą wrzucenia do Frani zapalonej zapałki (mieliśmy wtedy okres piromani). Pierdolnęło zdrowo, a że przez wrodzoną ciekawość wszyscy mieliśmy łby wetknięte do pralkowego otworu, żaden z nas nie zachował brwi ani rzęs. Szok był taki, niedowierzanie tak duże, olaboga tak gęste, że dopiero po przebiegnięciu stu metrów zdałem sobie sprawę, że pali mi się czapka. Dwóch z nas przyznało się rodzicom do wszystkiego i pamiętam, że dostałem potężną zjebkę. Tylko jeden kumpel szedł w zaparte i powiedział ojcu, że ktoś w niego pochodnią z balkonu rzucił. Ów ojciec, nie uruchomiwszy babuni Logiki, szukał później winnego po całym osiedlu, a ja cieszyłem się, że nie muszę biegać z rozjuszonym rodzicielem, tylko siedzę z tygodniową karą w pokoju.

To była bolesna, ale z perspektywy czasu śmieszna etiuda w reżyserii Głupoty.

Głupota jest w życiu człowieka bardzo potrzebna. Po to przecież pijemy wódkę. Wlewamy w siebie ten wykręcający ryło płyn i nikt mi nie powie, że robi to dla wyjątkowego bukietu lub doznań smakowych. Nie, chcemy po prostu odłączyć te zwoje mózgowe, tę podłą konsekwencję przedniego płata mózgowego, która podszeptuje nam: „Nie, Stefan. Zawody w szczaniu z balkonu na odległość, to nie jest najlepszy pomysł”.

A ja w tych zawodach zająłem drugie miejsce. Uważam, że była to ohydna, żenująca i wstydliwa rzecz, którą w żadnym wypadku nie warto się chwalić, ale jednocześnie wiem, że bawiłem się wówczas wybornie. I szkoda, że nie mam w sobie głupoty więcej, bo byłoby mi z tymi wspomnieniami łatwiej. Kto nigdy nie zrobił w swoim życiu nic idiotycznego, niech pierwszy rzuci, czym tam chce.

Pomyślcie dziś ciepło o własnej głupocie i zastanówcie się, jak wiele dobrego jej zawdzięczacie. Ja tymczasem zostawiam Was z kawałkiem, który doskonale spuentuje mój dzisiejszy wywód.

Mądry nie znaczy lepszy.

  • Przypomniało mi się mnóstwo takich głupot, gdy pisałam „zabawy, za które nasi rodzice urwaliby nam głowę” 🙂 np. zobaczenie końskiego ścierwa w powodziowej wodzie szybko leczyło z głupoty chodzenia zanurzonym po pas, tuż przy końcu brzegu… który już dawno był pod wodą. Co tam silny nurt Odry, pnie drzew przepływające między nami… dopiero rozprute resztki konia pokazały nam jak możemy skończyć. Brrrr

    • To trochę po mafijnemu Odra z Tobą zagrała.

    • Szymon | pomensku

      Moja dziewczyna miała podobne przeżycia, tylko z psem. Koń to jednak abstrakcja 😀

  • Mi moja dostarcza codziennej rozrywki 😀

    • Szymon | pomensku

      Nam również 😀

      • Buehehe! Zebyś wiedział jak musze się powstrzymywać żeby czegoś nie wrzucać codziennie :D. Dzisiaj np.wiesz jak jechałam na rowerze? Uwaga- z opakowaniem 10 rolek srajtaśmy na plecach :D. I zdjęcia nie zrobiłam tylko dlatego, że nie mogłam tego uchwycić 😀

  • Też jak pomyślę o różnych durnotach, które się kiedyś ze znajomymi robiło, to dziw bierze, że własna głupota nas nie pozabijała…