Trening

5 powodów, dla których zrezygnowałem z domowej siłowni

W zeszłym roku rozpocząłem projekt, który miałem zamiar prowadzić na blogu. Chciałem stworzyć małą domową siłownię, w której mógłbym wykonać szybkie treningi. Dojeżdżam do siłowni 12 kilometrów, a nie zawsze jest na to czas. Plan był prosty: wyremontować pomieszczenie w piwnicy, kupić sprzęt i naparzać treningi.

Gdyby mój projekt był Jose Arcadio Moralesem, wylądowałby w tym samym miejscu co cały misterny plan. Początki wydały się nader obiecujące, bowiem wywaliłem cały zalegający w piwnicy od wieków szpej, wstawiłem nowe drzwi, nakupowałem potrzebnego sprzętu, a od Babci dostałem vintage’owy dywan. Dywan w tym projekcie był jednym z niewielu elementów, które nie zawiodły.

Przechodząc do siłownianego sedna, kupiłem następujący sprzęt: ławeczkę do ćwiczeń, komplet hantli, pasy TRX z Biedry, kilka gum oporowych oraz sztangę. Chciałem kupić też drążek do podciągania, ale w tychże podziemiach jest tak nisko, że nawet włosów za bardzo nie mogłem nastroszyć, bo bym zawadzał. Danny DeVito mógłby grać tam w siatkówkę, ale mi ta wysokość (sufit – 210 cm) robiła problem.

Mając już właściwie wszystkie elementy, przystąpiłem do przerzucania ciężarów. Mówię Wam – domowa siłownia to świetna sprawa. Włączasz ulubioną muzykę, nie stoisz w kolejce do ławki płaskiej i nie stęka Ci nad głową ten koleś na bombie, któremu właśnie wywaliło estro. Mogłem też na bieżąco kontrolować napompowanie klaty w lustrze, mimo iż moja Bonobo co chwila do mnie schodziła i rzucała połajankami w stylu: „a Ty się, bździągwo, ubierz, bez wstydu na golasa chodzisz”. Początkowo myślałem nawet o tym, żeby zrezygnować z karnetu i ćwiczyć tylko w domu. Na szczęście się z tego wycofałem. Dlaczego? Już tłumaczę.

1. Wkurzał mnie ten sufit

Choć większość adeptów siłowni mogłoby ćwiczyć w pomieszczeniu o wysokości wynoszącej tyle co wysokość ławki płaskiej + długość ramion + wysokość talerzy nawalonych na sztangę, ja lubię ćwiczyć stojąc. Szczerze mówiąc, ławka mogłaby dla mnie nie istnieć. Lubię robić przysiady, martwe ciągi, wyciskania żołnierskie oraz się podciągać, co w niskiej piwnicy jest bardzo denerwujące. A to była tylko pierwsza łyżeczka dziegciu, czyli substancji, o której słyszeliśmy wszyscy, a nikt jej na oczy nie widział.

2. Było mi zbyt daleko

Paradoksalnie, domowa siłownia okazała się jeszcze odleglejsza niż mój klub fitness. Mówię Wam, aby do niej dojść, musiałem przebrnąć przez meandry „a, za 15 minut to już pójdę na bank”, przejechać kilka przecznic „no to jeszcze ten jeden filmik na Youtube i idę” oraz ominąć „e, dobra, najpierw kolacja”. Wszystko odciągało mnie od tych schodów, które prowadzą do mojej domowej siłowni. Co ciekawe, nie dotyczy to wyjazdu na normalną siłkę. Po prostu pakuję torbę, wsiadam w samochód i jadę. Żadnych wymówek. 3 razy w tygodniu.

3. Tu nie chodzi o to, by tylko ćwiczyć

Zdałem sobie sprawę, że siłownia jest dla mnie czymś więcej niż tylko miejscem do ćwiczeń. Choć nie lubię się obijać i moja duma zawsze szepcze mi do ucha: „dajesz synu, dopie**ol ciężaru!”, to te domowe treningi zaczęły mnie nudzić. Miałem wrażenie, że schodzę do piwnicy tylko po to, by odbębnić przykrą codzienność, uwinąć się ze znienawidzoną pracą, pozamiatać i wrócić na górę. Tymczasem wyjazd na normalną siłownię jest dla mnie przyjemnym rytuałem, który daje mi mnóstwo radości i oderwania od rzeczywistości. A przecież aktywność fizyczna w pierwszej kolejności powinna dawać radość – kondycja, sylwetka czy siła to tylko przyjemne skutki uboczne.

4. Denerwowało mnie inwestowanie w sprzęt

Zdałem sobie sprawę, że kupowanie niezliczonego sprzętu tylko po to, by użyć go kilka razy w tygodniu, to zbędny wydatek. Zgadza się, można zorganizować sprzęt po taniości, ulepić go z przystankowej wiaty lub znaleźć na złomie, ale gdy tylko przychodziła mi do głowy taka myśl, spoglądałem w kalendarz. Wbrew oczekiwaniom, nie było w nim roku 1974. W dzisiejszych czasach karnety na siłownie są tak tanie, zaś siłownie tak wyposażone, że w życiu nie dorobiłbym się nawet w połowie tak dobrego sprzętu jak tam. I choć sam sprzęt nie jest tak ważny, to powracam do punktu poprzedniego: ja nie walczę o lepsze jutro, ja się dobrze bawię.

5. Grażynki mnie motywują

Mówicie co chcecie, ale jak dla mnie najbardziej motywujący jest widok tych wszystkich osób, które przychodzą w to samo miejsce co ja, wdziewają siłowniany legins i trzaskają ćwiczenie za ćwiczeniem. Motywują mnie te starsze panie Grażynki, które mógłby w tym czasie oglądać „Dlaczego Ja” i zagryzać to wszystko kremówką. Ale nie – cisną na bieżni! Motywuje mnie ten Seba z wywalonym estro, który naparza bicki z taką pasją, jakby od tego miał zależeć los Ojczyzny. I choć dawniej, jak on mi tak sapał nad głową, to ja żem go w myślach kill’im, teraz ja go love’im.

Wiem, marne te powody. Ale wiecie co? W życiu decydują niuanse. Jeden z moich kumpli nie lubi chodzić do teatru, bo denerwuje go tupanie o scenę. Generał Peck był przeciwny małżeństwu swojej córki z pułkownikiem Moodusem, ponieważ nie lubił chodzić na śluby. Ja porzuciłem projekt domowej siłowni, bo denerwował mnie sufit. I jestem z tego powodu niezmiernie wdzięczny. W imieniu swoim, Seby i Ojczyzny.

  • Pretty Well Done

    Ćwiczyłam domowym sumptem 2 lata. Potem przeniosłam się na siłownię. Aktualnie jestem na etapie „nie chce mi się dupy z domu ruszyć, może znów będę ćwiczyć w domu”, ale jak przeczytałam te kilka punktów… zgadzam się 😉 Choć sufit mam normalnej wysokości 🙂

    • Szymon | pomensku

      Miałem ten etap pół roku temu, ledwo udało mi się z niego wybrnąć 😀

  • Bo treningi z ludzmi to trochę taka magia! 😀 Nie ma to jak się jak ja to mówię „grupowo upodlić” 😀

    • Szymon | pomensku

      Zgadza się, jest dodatkowa moc 😀

  • Domowa siłownia to coś, o czym myślę od dawna, chociaż dobrze wiem, jak się to skończy.

    • Szymon | pomensku

      W razie czego służę pomocą! 🙂

  • To chyba zależy od osoby. Jak ktoś lubi sobie majsterkować w piwnicy i wszystko składać, to dla niego taka domowa siłownia jest dobrym rozwiązaniem, chociaż oczywiście finansowo nie porywa. Z drugiej strony na siłowni poza domem jest wszystko w cenie, łącznie z całą masą spoconych jak ty ludzi. W sumie jak wszyscy wyglądają podobnie, to to chyba nie jest problem 😀

    • Szymon | pomensku

      Domowa siłownia to wręcz raj dla majsterkowiczów. Na widok niektórych konstrukcji zamieszczonych na YT łapałem się za głowę 😀 Z tym poceniem to jest taka sprawa, że trzeba wybrać siłownię, gdzie wszyscy klubowicze przestrzegają obowiązku korzystania z ręczników. Na wielu siłowniach Mirki zapocą ławeczkę i idą dalej cisnąć klateczkę, nic sobie z tego nie robiąc. Zwrócisz mu uwagę, przyjdzie obrażony posprzątać, a za moment robi to samo na innym stanowisku…

      • No i jak tu znaleźć kulturalną siłownię? 🙂